Blog Macieja Kwiatka
RSS
piątek, 08 kwietnia 2011
Okularnicy

 

 

Kiedy w podstawówce po niewyobrażalnie długiej męczarni zbliżał się upragniony koniec roku, kiedy stopnie były już wystawione, a w salach lekcyjnych za gorąco na cokolwiek innego niż gra w statki, następował finalny rytuał. Zbieraliśmy swoje podręczniki, odzieraliśmy je z ofaflunionych okładek, wymazywaliśmy gumką rozwiązania zadań, notatki i rysunki genitaliów, usuwaliśmy plamy po przeterminowanych kanapkach i ogryzkach jabłek, zwykle występujących w tornistrach, i podążaliśmy do biblioteki gdzie następował akt wymiany podręczników. Nasze wędrowały do frajerów z młodszej klasy, a my – też frajerzy - z pewną obawą przyjmowaliśmy groźnie wyglądające, trudne książki do następnej klasy.

Jeszcze zanim na dobre zaczęły się wakacje miałem już dobrze oglądnięte książki do geografii - zboczenie na punkcie map - i historii. Szczególnie intrygowały mnie te ostatnie. Czytałem je z zapartym tchem, dział po dziale - jak świeżo napisane odcinki opowieści o dziejach mojego kraju, odkrywającej przede mną kolejne stulecia historii, która wciąż się toczy. Odbierałem ją na równi z dobrą powieścią szpiegowsko-sensacyjną-wojenną, napisaną wprawdzie peerelowską narracją, ale wtedy nie przeszkadzało mi to, bo na szczęście byłem członkiem nacji dobrych Polaków, którzy pokonali kiedyś złych Niemców. W owym czasie myślałem czarno-biało, jak czarno-biali byli Czterej Pancerni, którzy ze swej natury do żadnej niegodziwości  nie byli zdolni. Gdzież nam, o pomyślny losie, było do zbrodniczości Niemców wynikającej z hitlerowskiej pasji do bycia szwarccharakterem. Byliśmy rycerzami prawości kiedyś, teraz i na wieki wieków... Z historii dostawałem później góra tróję.

Czas leczy z naiwnego idealizmu. Leczy, ale nie do końca i nie wszystkich. Pewien rodzaj okularników zainfekowanych bakcylem bezkrytycznego hura-patriotyzmu niesie tę przypadłość dalej. Zbierają książki, dużo książek, przedawkowują je, a potem zbierają się w grupy na uniwersytetach by następnie lgnąć do pewnych określonych partii politycznych czy quasi-naukowych instytucji podległych państwu. Ta bliskość pozwala im przejść do następnej fazy, do fazy kreacji. W tym momencie jest już na ogół za późno na radykalną nawet interwencję medyczną (jak 24 godzinne czytanie książek Grossa). Ich wizja historii jest już okrzepła i oczywiście jedynie słuszna, ale co gorsza taką staję się również wizja tego, co dzieje się obecnie w teatrze świata. Co właśnie ma miejsce nabiera już nie tylko cech bieżącej polityki, ale charakteru zmagań historycznych, w których wróg jest znany i jest nim rzecz jasna rząd światowy, który zaplanował radykalne ograniczenie polskiej populacji i poślednią, niegodną rolę dla naszej nacji. Kreacja polega więc na zaprzestaniu intensywnej lektury na rzecz tworzenia doniosłych faktów historycznych. Niektóre polityczne postaci zyskują w narracji okularników rolę wodzów narodu inne skarlałych renegatów, jednym przypisywana jest świetlista aura charyzmy innym miazmaty sprzedawczykowskie i odium Targowicy. Szafarze wyroków historii – jej magistrowie - poprawiają okulary i snują wiekopomne projekty znaczone kolejnymi rzymskimi numerami porządkowymi. Ważna jest radykalność i niewzruszenie sądów, rysownikom pozostawiają odcienie szarości. Ważne jest też osobiste zaangażowanie, niepodawanie ręki, nieprzyjmowanie zaproszeń, zdrowo pojmowane obrażanie się na cały świat będące papierkiem lakmusowym posiadania racji. Historia was oceni! – powtarzają wiedząc oczywiście w jaki sposób.

Kiedy wschodni wróg podnosi zbrodniczą rękę na prawego męża, ojca narodu, zabijając go mgłą i rozwiązując za razem setki swoich problemów, których im przysparzał swoją niepokornością, hunwejbini „historycyzmu” przechodzą do następnego po fazie kreacji etapu: epoki wznoszenia monumentów i przezywania skwerów. Jako cudem powrócony życiu, w dziecięctwie wyleczony ze świnki różyczki i „martyrofilii” patrzę na tę ostatnią przypadłość, jak na jednostkę chorobową, podobną alkoholizmowi, z empatią, współczuciem i cieniem zrozumienia. Jako osoba łatwo podatna na manipulacje zastanawiam się nawet czy to nie oni mają rację – osobliwie często po nocnym słuchaniu Radia Maryja. Możliwe, że to łgarstwo, że wielki mały mąż nie miał żadnych innych zasług oprócz tego, że poległ ‘w tranzycie przez Smoleńsk’. Może to kłamstwo, że stawianie mu pomników jest walką polityczną. Przecież to prawdopodobnie blaga, że postkomunistyczny prezydent miał zasług wiele więcej, a nikt mu poświęconych obelisków wznosić nie proponuje. Kiedy minie rocznicowa gorączka opinia, że hipokryzja przybiera różne formy będzie miała sensowniejszy wydźwięk. Ale jeszcze nie teraz.  Teraz nie uwierzę, że jej maską może być patriotyzm. Na tę chwilę jestem zdezorientowany i wierzę wszystkim. Na razie przeczuwam kolejne kierunki polityki okularników historii.

Nieostatnim stadium ewolucji – brzydkie słowo – jest zwrócenie się ku najważniejszej ze sztuk. Mnogość filmów dokumentalnych to dopiero zapowiedź. Wiadomo, dokumentem można łatwo manipulować, sztuką będzie dopiero stworzyć dzieło fabularne z jego platońską iskrą prawdy, dobra i piękna, której oprzeć się nie można, która skruszy zatwardziałe serca. Dopiero fabuła ujawni jak było. Usłyszymy to z ust samego męża opatrznościowego, któremu 68% publiczności żałuje pomnika. On sam wypowie słowa ważkie, słowa prawdy zza grobu. Kto go zagra? Jak to kto? Jest tylko jeden kandydat i lepszego, podobniejszego i zdolniejszego wczuć się w rolę lepiej nigdzie nie znajdziemy. Filmowa klamra zamknie się po dziesięcioleciach.

Pod wpływem innych stacji telewizyjnych wydaję się przychodzić do zmysłów – a może to symptom konfuzji, obłędu -  i mam tylko jedną propozycję: panowie i panie zdajcie wreszcie swoje podręczniki i weźcie się za nowe, te trudniejsze, do następnej klasy.

00:29, kfiatol
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 marca 2011
Paralityk cz. 3

3.

Niestety moja osławiona zdolność imaginatywnej medytacji bardzo osłabła odkąd sytuacja została postawiona na głowie. Zamiast relatywnie przyjemnego raju, w którym liczyłem na stałą rezydencję miałem zostać skazany na niepewny los nieboszczyka. Los patrioty własnego ciała na emigracji nie przedstawiał się optymistycznie. Czułem, że jako Polak nie mogę sobie pozwolić na podobny przejaw negacji mojego istnienia. Sprzeciw jest moją narodową cechą zakodowaną genetycznie. Kiedy my, Polacy, nie mamy już komu sprzeciwiamy się sobie, zwracamy się przeciw swoim. Zupełnie niegodny akt nieuzasadnionej nienawiści i pogardy – tak pragnąłem nazwać to w przemówieniu do legionowej braci – wymagał godnej odpowiedzi. Mały seans nienawiści wywołany w głowie sprawił, że nienawiść urosła we mnie. Kiedy wzburzony przechadzałem się po gabinecie miałem splecione za plecami dłonie, a podkute oficerki, które wyrosły mi u nóg, zdawały się wybijać rytm nadchodzącej wojny honorowej. I wojna, a w zasadzie wielkie zmaganie cywilizacji życia i śmierci, wybuchło i trwało i trwało  Po krwawej a wyczerpującej kampanii dalekowschodniej odpoczywałem w górskim klasztorze w środkowej Mandżurii. Przygotowywałem się do wielkiego ruchu zastanawiając się kto był właściwie moim wrogiem. Starałem się medytować i godzinami próbowałem choćby drgnąć ręką czy głową. Napinałem się, naprężałem i stękałem mentalnie, i nic. W istocie zaś przygotowywałem się na śmierć dokonując niemożliwego podsumowania mojego od dłuższego czasu już zakończonego życia.

„W deszczowe dni
Mnichowi Ryokanowi
Żal jest samego siebie.”

Impuls do ruchu. Jak się przekłada myśl na ruch? Mówię sobie: ruszaj. Ale siedzę. Zaś nie komenderując w głowie wstawałem - przed wojną, rzecz jasna - z krzesła, niewerbalnie zupełnie. I to był problem. Kompletnie straciłem władzę nad terytorium mojego ciała i nie mogłem realizować na nim swojej woli. Cóż, moja biologiczna baza, mój dyszący, a czasem dychający lebensraum, był bazą niezbędną, fakt. Na szczęście byłem w wieku, w którym zmagazynowałem cały świat w swojej pamięci i mogłem go teraz dowolnie przetwarzać, w nieskończoność, aż do awarii głównego mózgu elektronowego. Ale nie jest mimo pracy do końca możliwe oddzielenie umysłu od potrzeb ciała czy też w ogóle od ciała samego. Można się domyślić, że czasami problemem było dla mnie odróżnienie jawy od snu – tej fizjologicznej potrzeby, której poddanie się w odcięciu od fizyczności stawało się nieraz halucynogennie nierealne, a niekiedy eteryczne namacalne, jak wyprawa do narkotyzującego parku pogrążonego we mgle. Ciało nic ci nie podpowiadało, totalny paraliż, kompletna niewiadoma, cisza. Dopiero nieraz po chwili domyślałem się jednak, że jestem przytomny, a we śnie domyślałem się, że jednak śnię. A sam sen był dobry. W mojej sytuacji był najmocniejszym dopalaczem albo morfiną. W dodatku podawanym nieraz znienacka i zabierającym w świat poza kontrolą: sen był jedyną namiastką rzeczywistości, z jej chaosem, nieprzewidywalnością, strachem, a nieraz ułudą.

Nazywałem się Vertical Horizon i byłem nowym samozwańczym Bogiem, który świeżo zstąpił na Gotham i przewrócił do góry nogami panteon tamtejszych superbohaterów i superłotrów. W swej osobie połączyłem dobro i zło. Mieszkałem na platformie o nazwie Widok Sufitu, która zawisła nad centrum Gotham City wprawiając w zdumienie mieszkańców jak i naukowców. Zagadka mojej rezydencji zdawała się mówić wszystkim zainteresowanym: to boska technologia! Jak inaczej nad miastem mógłby zadyndać gigantyczny żyrandol ze stuwatową energooszczędną żarówką i biały sufit z niewielką ilością pajęczyn tu  i ówdzie? Nie do tej technologii nam podskakiwać. I tak rządy Vertical Horizona trwały w najlepsze. Ścianę mojej sali kominkowej zdobiło poroże Batmana. Raz po raz nowi pretendenci, których pojawienie się tłumaczyć można chyba tylko głupotą, dołączali do grona innych mych oponentów, których trzymałem w swojej katowni. Wszyscy oni ulegli mym podniebnym potrójnym tulupom i białym ostrym jak brzytwa figurówkom. Wtedy jakby kończąc ten straceńczy pochód pojawił się Diagonal Dick. I należy stwierdzić, że nie doceniłem go na początku. Nasze pierwsze spotkanie, głównie z powodu porażki, nazwałem tylko wstępną potyczką, na której wyniku zaciążyło zaniedbanie Alfreda przy ostrzeniu łyżew. Tego wieczora piłem whiskey wprost z karafki i wygrażałem Diagonal Dickowi, a następnie jak zwykle na finał dnia wybrałem się by zadać kaźń, któremuś z moich więźniów, tym razem bestialsko okrutną. Tego wieczora wybór padł na tego, który wieszczył mi upadek i rychłe nadejście pogromcy. Świat na zawsze opuścił Mortimer Kadaver. Zanim wyzionął ducha opowiedział jednak Horiznowi parę ciekawych rzeczy.  Następnego dnia, dyskretnie wybrałem się do Gotham i klucząc, dla czystej formalności, udałem się do archiwów Szpitala Centralnego by podjąć rzucony mi trop. I rzeczywiście, niejaka Jane Lurie – nazwisko to rozdzwoniło dzwony we wszystkich kościołach - podała w akcie urodzin swojego dziecka następujące imię ojca: Archibald Smith. Hen, nad Gotham City Archibald Smith nazywał się Vertical Horizon. Natomiast Richard Lurie, dzierżący śmiercionośny kij hokejowy i uzbrojony w hokejówki to Diagonal Dick. Bękart podniósł rękę na ojca! Tej nocy nad miastem mój stuwatowy żyrandol wyświetlił na suficie napis: „Zapraszam na 20. Dzidzi dostanie klapsa.” Tego dnia również piłem whiskey na karafki, a moje ręce drżały, pamiętałem bowiem naszą pierwszą potyczkę. Kiedy wreszcie zmierzyliśmy się nazajutrz wyglądało to dla mnie gorzej niż źle. O ile Batman i reszta mięczaków nie mogła się ze mną równać o tyle moje własne geny, wzmocnione przy współudziale uroczej Jane, okazały się cholernie twarde. Diagonal Dick był jak młody ja. A młody ja postarzał się i zbierał cięgi. Wtedy przemówiła dojrzałość: jeśli nie możesz go pobić, połącz z nim siły. Z trudem łapiąc oddech wyjąłem oryginał aktu narodzin i pokazałem mu, a już chwilę potem obejmując się za ramiona pognaliśmy ku Widokowi Sufitu by zamęczyć parę sztuk rysunkowych postaci, z których godności podczas gdy gniły w moich lochach pozostały tylko komiksowo mocno zarysowane szczęki - nie na długo już.

Tak czy owak, nie wiedziałem wtedy czy to sen. Mój umysł nawet we śnie zakładał, że cokolwiek się dzieje, dzieje się naprawdę. Dlatego czasem budzimy się z krzykiem i oszalałym sercem. Założyłem więc, że ta bzdura to jawa i powiedziałem: - Richard, ustanowiłem dynastię. Trochę mi pomogłeś odnajdując się. Wiem, że nieraz bywało iż syn zabijał ojca by objąć tron, ale wiem też, że to nie jest ten przypadek, bo wyeliminowaliśmy wszystkich i królobójstwo nic ci nie da, niczego nie udowodni. Przypuszczam wręcz, że możemy nadrobić stracony czas, że możesz wreszcie mieć ojca, którego ci brakowało. – Powiedzmy, że masz rację. Powiedzmy – założył Richard. – Ale, możliwe też, że dopiero za jakiś czas, może dużo później na ułamek sekundy będzie ci dane dowiedzieć się, że było inaczej. Że Dick wcale nie chciał poznać uroków bycia synem. Że był rozżalonym maminsynkiem, opętanym swoistym kompleksem Edypa hokeistą, który podczas wspólnych ćwiczeń, jednych z setek wspólnie odbytych pod niebem Gotham kumite podetnie ci gardło świeżo ostrzoną łyżwą, kiedy na dobre zapomnisz już o tej rozmowie. No, ale powiedzmy, że tak nie będzie. – Co słychać u twojej matki? – Potrzebujesz królowej do swojej dynastii? – Nie, ale chciałbym się z nią skontaktować. – Nie wiem tylko czy ona by sobie tego życzyła? – Możesz jej coś w moim imieniu przekazać, synu?

Urozmaicenie, które jakoś samo się działo, dawało podstawę do optymizmu. Większość ludzi nie ma czasu na kontemplację dokonanego już życia, zrobienie podsumowania, bo walczą by trwać, by żyć dłużej by istnieć, by zyskać kolejny rok, który przeżyją tak samo jak dziesiątki poprzednich. Moje życie zakończyło się, ale dostałem jednocześnie niekończący się czas na spojrzenie wstecz i czas ten sobie umilałem pogrążając się w głębinach wyobraźni, czas ten świetnie wykorzystywałem na niekończące się pożegnanie. Owszem pamiętałem czas sprzed. Ale coraz gorzej. Coraz bardziej się on zacierał niczym odległa lektura mitologii greckiej, blednął jak wspomnienia z dzieciństwa. Niby coś widzimy okiem umysłu, ale nie jesteśmy pewni czy odtwarza to nasza pamięć czy może opieramy się na podpowiedziach rodziców czy innych świadków tego co minione, materialnych dowodów jak stare fotografie. Do tej szuflady zawierającej twarde dane duchowej ojczyzny nie mogłem już sięgnąć, jak zresztą do żadnej innej. Tak więc mimo, iż może nie na miejscu, optymizm paralityka trwał i wzmacniał się wszystkim o czym pomyślałem. Choćby byciem strefą bezwalutową. Chyba miałem gdzieś jakieś pieniądze. Pamiętałem mój portfel. Może były tam jeszcze banknoty? A może ktoś już je zdenominował odbierając wszystkie cenne zera? Nie przywiązywałem do tego żadnego znaczenia, bo docierało do mnie, że idea mamony jest gdzieś tam w głębi duszy człowiekowi obca. Miałem dziesiątki innych jeszcze powodów do zadowolenia. Czyż tak jak teraz nie jest lepiej niż w zdrowym ciele martwy mózg? Z martwym mózgiem zawsze się jeszcze zdąży. To był  mój optymizm płytkiego oddechu – jak go przezwałem.

Żyć jednym życiem jest niesamowitym marnotrawstwem potencjału. Owszem, mamy wybór popadnięcia w marzycielstwo pozwalające na dobrą sprawę tylko popuścić wodzy, ale kiedy świat jest na wyciągnięcie ręki, kiedy można się w niego zagłębić, wejść w interakcje z ludźmi choćby kupując mentosy lub na nieco bardziej złożonym poziomie, wtedy taki luksus wydaje się niegodnym tchórzostwem. Ja mogłem rano po sutym śniadaniu, którego kalorie były tak wirtualne jak i cały smak, wcielić się w Ojca Mateusza, podłego duchownego, który pod pozorem rozwiązywania kryminalnych zagadek posyłał niewinnych ludzi do wiezienia. Mogłem wybrać życie niegodziwe. Mogłem wybrać życie podwójne. A skoro mogłem to stałem się trochę jak ten strażak piroman: po cichu, tylko kształtem cienia przypominając Ojca Mateusza popełniałem zbrodnie by je potem w splendorze jego pełnej tożsamości niby wyjaśniać. Tu pojawiały się niewinne ofiary. Judziłem, knułem, mataczyłem, a odwracając się do kamery przybierałem uduchowiony wyraz twarzy i eksponowałem delikatne księżowskie dłonie, które wykonywały gest błogosławieństwa potulnej trzódce. Ale na szczęście był jeszcze on. I uaktywniał się popołudniu - gdy Ojciec Mateusz ginął w krypcie - i w świecie bez Boga czuł się jak ryba w wodzie. Był jedynym prawdziwym detektywem w prochowcu w tym mieście z wielkiej płyty. Który teraz był przekonany, że osoby uwikłane w występek przez Ojca Mateusza są przynajmniej częściowo, a na ogół w większości tymi, którzy niegdyś popadli z nim w konflikt. Czasem tylko źle się spojrzeli. Czasem nieopatrznie zakpili sobie z radia Maryja. Niekiedy wystarczyło, że postawili mu tylko trójkę z geografii trzydzieści lat temu. Przypadkiem potrącili w supermarkecie. Reszta, jak oceniał nasz Marlowe, była w tym wszystkim wyłącznie dla niepoznaki, dla skomplikowania intrygi dla pozyskania konserwatywnej widowni. Nasz Marlowe wiedział, że klecha jest niebezpiecznym przeciwnikiem. I starał się być jeszcze niebezpieczniejszy od swojego odwiecznego oponenta - w każdym odcinku. Jednak nie ważne jak się starał nasz Marlowe dla większości widzów był antychrystem chorobliwie uczulonym na szelest sutanny.

W życiu każdego paralityka muchy stanowią nie lada problem czasami przeradzający się w taki o rozmiarach tragicznych. Może i większość z nas nie czuje, że franca chodzi właśnie po oku czy buszuje w półotwartej jamie ustnej. Ale ja, w moim parszywym przypadku słyszałem akurat ich złowrogie nocne loty w pobliżu asteroidy mojej głowy. Z tej niechcianej zażyłości zrodziła się wiedza: te niepozorne stworzenia wytworzyły okazuje się rodzaj niepokojącej cywilizacji polegającej na życiu odwetem i przekazywaniu pamięci o konieczności jego dokonania. Więc jeśli masz muchę na sumieniu i jesteś kompletnie sparaliżowany, to rozumiesz o co chodzi, raz po raz stając się ołtarzem rewanżu. Normalnie nasza fizyczna przewaga uniemożliwia muchom dokonanie zemsty dlatego staje się ona towarem najdroższym. Wyraźniej widzimy ich tragiczne bohaterstwo w zmaganiach z nami dopiero w jednej z dwóch sytuacji w jakich tracimy fory. Grając taką rolę – ale tylko tę pierwszą - metaforyczne bycie słabszym od muchy daje się w pełni wyczuć mimo paraliżu. Żywiona przez nie iluzja konieczności odegrania się na ludziach wydaje mi się najniebezpieczniejszym fundamentem muszej filozofii i czymś z czego płynie moje osobiste zagrożenie. Negocjacje z muchami - przy ciągłym odgłosie nalotu stukasów - nie należą jak można się domyślić do przyjemnych. Twarzą w twarz i z koniecznością utrzymania kontaktu wzrokowego są po prostu obrzydliwe - tu jestem rasistą. Były w relacjach między nami chwile halucynogennie nie do zniesienia. Niczym w koszmarze Alicji rosłem i malałem, a muchy vice versa. Kiedy moja sytuacja przetargowa robiła się lepsza puchłem, przynajmniej do właściwych ludziom rozmiarów. Raz, podczas gdy przegrywałem w walce na geostrategiczne argumenty i miałem zaraz radykalnie się skurczyć – do rozmiarów erystycznego karła - w dyskutanckiej rozpaczy zmiażdżyłem własnymi rękoma całą muszą delegację, a byłem wtedy na tym etapie zmniejszania, że relatywnie wydawały się one wielkości pękatego nieco jamnika. Mimo to zadusiłem zimne owadzio syczące obrzydlistwa, na koniec rozrywając na strzępy. A kiedy, po okresie Realpolitik, negocjowałem z kolejną delegacją – a był ich niekończący się łańcuch - z pozycji liliputa nie wyciągałem argumentów ad personam, że jakoby nie mają prawa mówić w języku dyplomacji, bo są do tego genetycznie niezdolne, a nawet genetycznie głupie. Nie tylko intelektualnie lecz również fizycznie są niedorozwinięte za bardzo by dobyć głosu. Szczególnie w narzeczu liverpoolskich stoczniowców i Winstona Churchilla. Tego właśnie im nie mówiąc taktownie poddawany byłem torturom beznadziejnej politycznej negocjacji. Ciężkie bzyczenie ich skrzydeł o zwielokrotnionej nieraz sile – gdy zdawały się wić jakieś gniazdo w moim uchu - stało się pierwotną męką. Ich puste suche ciała rezonowały jak tylko mogą rezonować obce formy życia. I ten ichni straszny zapach, którym rzygałem gdy odwiedzały moje nozdrza. Normalnie, za czas jakiś moja pozycja przetargowa znów rosła i znów zabijałem muchy, bo alergicznie nie zdolny byłem dogadać się z czymś o takim podejrzanym zapachu plechy – zasysając jedną czy dwie moim płytkim oddechem. Tak ciągnął się konflikt zakończony VII Światową Konferencją Ptaków. Tę nazwę wymusiłem ja – w końcu one były insektami latającymi, a ja byłem podwieszony w szafie. Przełom nastąpił gdy porozumieliśmy się siedząc jak równy z równym przy stole biesiadnym podczas sesji nieformalnej Okazało się, że ich system filozoficzny przypomina kropka w kropkę nasze buddyzmy. Tyle, że oni swą świętą zasadę niewyrządzania krzywdy uważają za ideę osiągalną dopiero w stanie nirwany - po ichniemu: „tam gdzie lewitujesz bez sprzętu”. W drodze do tego stanu oddają się hartującym charakter zmaganiom z obrzydliwie cuchnącym bladym, ogromnym barbarzyńcą – człowiekiem. W ludzkim buddyzmie odpowiada to syzyfowemu zamiataniu klasztornego podwórka przez kilkanaście lat, przez mnicha w nowicjacie. Kiedy wymieniliśmy z muchami nieco dziwaczne uściski na znak zgody przyznały, że przyleciały z gwiaździstego nieba. Na czas galaktycznej zimy zjechały do nas na legowisko. Wydało się, że skrzydełka na plecach są dziełem ich inżynierów i że kiedy nie są na bojowej misji zdejmują je do snu. Podobno świetnie sprawdzają się zarówno w atmosferze jak i do lotów międzysferycznych. Toast, który wznosili winem w tłumaczeniu oznaczał po prostu: „Forza Muchy, Muchy avanti!”. Na chwilę była między nami zgoda,  wczuwając się w moją sytuację obiecały pamięć, modlitwę i wszelką możliwą pomoc. Moje życie było czasem bardziej Si-Fi niż może znieść przeciętny obywatel we wnętrzu mebla. Ale możliwe, że był to tylko błąd w tłumaczeniu z muszej niby-mowy używanej w kontaktach oficjalnych. Nie mogąc przysięgnąć na wiarygodność tłumaczenia czy jej brak uciekłem w poetycki audiobook - aby do zimy…

„Odgłos szorowania
Garnka stapia się
Z rechotem żab.”

Ach, odgłosy. Drugą sytuacją, w której podlegamy muszej zemście jest to kiedy śpimy – tu paralityk równy jest choćby wojewodzie. To często 1/3 naszego życia. Wtedy muchy srają na nas bez przeszkód i opamiętania. Każde żywe stworzenie już w tym życiu, przed reinkarnacją, próbuje doznać pełni satysfakcji. Niektórym jest to dane. Mój deadline się zbliżał. Jutro, czy pojutrze, a kwestia życiowego spełnienia była nierozstrzygnięta.

Magda była kimś w rodzaju doktora medycyny. No, w każdym razie w pracy chodziła w białym kitlu. Ludzie jej pokroju dawali mi szansę, nikłą nadzieję swoją pracą. Istniały jakieś próby, zaawansowane badania nad rekonstrukcją uszkodzonego rdzenia, to pamiętałem jeszcze z czasów sprzed wypadku. Nieudolnie na razie, eksperymentalnie tylko, ale odwracano paraliż. Brałem więc pod uwagę mało prawdopodobną możliwość odsieczy. Ale przecież kilka dni temu moja nadzieja umarła. Nie pozostawiła mi złudzeń orzekając karę główną, przed którą mógł mnie uchronić tylko cud. Ile miałem czasu? Do piątku, do szóstka może, a może dwie godziny? Było gorzej niż w celi śmierci. Moja zamykała się na prosty klucz od szafy. Na szczęście niektóre kobiety, które nas kochają mają niezwykły zmysł, emocjonalny radar by wiedzieć co czynić. Magda wykazała się jego posiadaniem przeczuwając, że coś jest nie tak, przeczuwając występowanie mojej miłości, jak  pierwiastka śladowego, ergo moje istnienie. Ale i miłość istnienia po prostu, postanowiła działać jak niezależny ode mnie czynnik, by ocalić mnie – emanując swoją wolą. Najpierw pojawiły się wypchane zwierzęta. Pokój, w którym byłem zamienił się w pracownię pełną dziwnych i ponurych narzędzi, słojów z chemikaliami, podejrzanych zawiniątek cuchnących zabalsamowanym trupem, fiolek ze łzami cudownych obrazów. Wszystkiego tego nie dało się po prostu kupić w supermarkecie. Magda wiedziała jak dobrze wydawać swoje miliony. Potem dziwne fanty zniknęły i zrozumiałem, że czas na krok, który mnie ocali, ale  – i to było genialne - na wszelki wypadek zabije. Magda naprawdę okazała się kimś rodzaju doktora medycyny. Opuściłem swoja szafę i wylądowałem na stole operacyjnym (prosektoryjnym?), a nade mną zabłysnął skalpel. Potem delikatnie straciłem siedlisko istnienia: krew i mocz, i wszystkie te niegodne człowieka wnętrzności, organy, podroby – z wyjątkiem mózgu – i oczy, które zastąpiła szklanymi kulkami o najlepszych parametrach wizji i noktowizji. Po jakimś czasie, odpowiednio spreparowany i owędzony kadzidłem od czarnoskórego mędrca, mózg zaczął wznawiać swe funkcje. Nie w stu procentach, ale w tych trzynastu, które do tej pory wykorzystywałem.

Ruszyłeś palcem!! – ten krzyk Magdy przedarł się do oddzielonych od świata podwójnym nawiasem trzynastu procent mózgu. To było zawołanie, które wzbudziło moją nieufność i niepokój. Przynajmniej na początku. Powolutku jednak rozumiałem, że nie ma się co dąsać. Właściwa rekonwalescencja, w której teraz mogłem brać udział z zaangażowaniem godnym młodego bohatera tasiemcowego serialu, który nie tylko niespodziewanie zyskał szansę by na nowo zacząć chodzić, ale również powrócił na ekran jako zaginiony potomek głównego bohatera, po niebytności w ostatnich stu pięćdziesięciu odcinkach - to nie jest zła perspektywa. Lekarze byli dobrej myśli i ja też. Oto szedłem i ta prozaiczna czynność wykonana o własnych siłach była uczuciem niezwykle normalnym choć już zapomnianym, przyjemnym ale na nowo odkrytym, tym bardziej miłym, że moje zatęchłe uniwersum podążało za mną. Podążał za mną mój osobisty geograf i powiedział, że to klasyczny przypadek cudownego ozdrowienia. Zasugerował bym przypisał je wstawiennictwu Ojca Świętego. Numery do matki Pietruszki i młodego Boba były w mojej komórce. Do przedszkola naprzeciwko zapisano właśnie małą Grażynkę.

Wkrótce zacząłem robić pierwsze dłuższe spacery jako taksydermiczny zombie, duchowy Frankenstein i niepokonany Schwarzenegger krainy umarłych. Kiedy już przypomniałem sobie jak się pisze, a jeszcze nie bardzo wychodziło mi mówienie, zredagowałem do Magdy notatkę. „Miałaś małe szanse na odgadnięcie tego czy chciałem umrzeć czy żyć! Ale nie tylko Ci się udało, poszłaś nawet dalej. Domyśliłaś się, że zmarli mogą komunikować się z żywymi, czego nie można powiedzieć, o niektórych zapadłych w sobie paralitykach. I oto się odzywam.”

Popołudniu zadzwonił mój osobisty geograf mogłem mu więc opowiedzieć czego dowiedziałem się po tym jak liścik przeczytała adresatka. Magda opowiedziała, że zaczęło się od much. Kilka dni przed upływem mojego terminu przydatności zdało się jej, że z zamkniętej szafy usłyszała proszący głos: Nnnie, nnnie, nnnnnnnie zzzabijaj mNIE. Kiedy otworzyła szafę wyleciało kilka much bzzzzz i nie padły już żadne słowa. Uznała więc, że oszukały ją zmysły. Ale potem nastąpiła seria dziwnych zbiegów okoliczności i wydarzeń. Przez pomyłkę zaczęła słuchać mojego audiobooka, trzeciej części trylogii Schultza, kiedy ja słuchałem Danielle Steel, i ta lektura poddała jej pomysł, żeby mnie spreparować. W pamięci utkwił jej też film w którym młody hokeista próbuje zapobiec odłączeniu swojego ojca od maszyny podtrzymującej życie. Przez długi czas, aż do znudzenia film był powtarzany w telewizji, tak więc chcąc nie chcąc obejrzała go kilka razy. Później odwiedził ją z domową wizytą ojciec Mateusz z parafii i powiedział, że musi być silna, modlić się i trwać. A że każdy wiedział, że to kanalia postanowiła postąpić całkowicie odwrotnie i zwrócić się do konkurencji. Dzięki tej decyzji wszystkie te okruchy parszywego losu, podpowiedzi rzeczy martwych, omeny i więcej do kupy złożył skośnooki koreański jasnowidz z nieodłącznym globusem w ręce, dostarczając sprzęt i know-how.

FIN

20:30, kfiatol
Link Dodaj komentarz »
Paralityk cz. 2

2.

Musiałem słuchać Magdy coraz bardziej nie za bardzo. I z czasem, to 'coraz bardziej nie za bardzo' udało mi się kompletnie. Takie było założenie od samego początku. Jak tylko zdałem sobie sprawę z sytuacji w jakiej się znalazłem natychmiast stałem się joginem, który nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności uwolnił się z okowów swego ciała. Byłem teraz doskonałym pustelnikiem mogącym poświęcić się zmaganiom z wybujałością wyobraźni zmyślonych emocji, pokus, możliwości grzeszenia myślą. Normalny świat był całkowicie odrzucony ergo miałem mniej problemów, z którymi musiałem się uporać. Ergo wegetowało mi się całkiem przyjemnie. Jakież było więc moje zdziwienie kiedy przez wypracowane i konsekwentne pole siłowe niezauważania mojej kobiety przebiła się ona z komunikatem, który wytrącił mnie z równowagi. Dość przesadnie uczuciowo, a ostatnio to się już długo nie zdarzało, odezwała się tak: - Od początku, od wypadku właściwie, zastanawiam sie nad tym ale nigdy nic nie powiedziałam. Ostatnio jednak myślę o tym ciągle. Bezustannie. Bo minęły już dwa lata i sytuacja nie rokuje poprawy, a wierz mi że jestem na bieżąco nie tylko z wynikami twoich badań, ale również ze wszelkim światowym postępem w tej dziedzinie. Ale nie to właściwie chciałam powiedzieć. Nie wiem jak się czujesz, nie wiem nawet czy słyszysz te słowa. Ale muszę zakładać, że może być tam źle z tobą – i tu najwyraźniej pocałowała mnie w czoło. – Muszę zakładać, że twój stan może być dla ciebie piekłem. Zastanawiałam się i próbowałam sobie przypomnieć nasze rozmowy, żeby odtworzyć jaki miałeś pogląd na to, co należy w takiej beznadziejnej sprawie zrobić. Ale sam wiesz jakie miałeś poglądy. Takie, że nic nie wiadomo było, w zasadzie. Takie, wygodniejsze w zależności od sytuacji – tu zaśmiała się pochlipując chyba. - Jednak dałabym sobie głowę uciąć, że nie wyrażałeś nigdy żadnego zdecydowanego poglądu. Że nigdy nie powiedziałeś, że trzeba skrócić cierpienia kogoś chorego, bez nadziei na wyleczenie czy sparaliżowanego jak ty. Jestem pewna prawie na 100%, ale muszę zakładać najgorsze. A najgorsze teraz dla mnie to pozwolić ci się męczyć latami. Dlatego postanowiłam cię poprosić, żebyś ze wszelkich sił postarał się dać mi jakiś znak, bo w przeciwnym razie, dojrzałam do decyzji, żeby ci pomóc. To znaczy, wiesz, posłużyć się twoim jaśkiem. – Tu wybuchła płaczem, który trwał i trwał i nasilał się. Kiedy przez chwilę zdawała się brać w garść poprosiła łamiącym się głosem: - Jeśli mam tego nie robić musisz dać mi jakiś znak. – A ja zacząłem krzyczeć: - Ile mi dajesz czasu? Ile? Daj mi czas do końca tygodnia! Daj mi tydzień, żeby coś wykombinować, cholera! Potrzebuję czasu! – rozmowa miała sens taki jak gadka z działem rewindykacji. - Zawsze byłem orędownikiem życia. Powinnaś pamiętać że byłem przeciwnikiem kary śmierci. Zawsze to mówiłem. Wyciągnij wnioski do cholery!!!

Ale każdy święty wyobraźni, jakim się stałem, ma też swoje demony, które go napastują, koszmary które go nawiedzają i Szatana, który jest jego przeciwnikiem. Tylko, że w swej sytuacji, niejako już na zawsze kompletnie sam, samodzielnie musiałem tę walkę z ciemnością toczyć. Bez wsparcia od nikogo – na zawsze. A diabeł może mieć postać Antypapieża, który uprowadza świętego wyobraźni na Planetę Kościelną, której jest niepodzielnym władcą od Patagonii po Grenlandię od Wysp Galapagos po Alteroterrę. Namiestnik boski zezwala na istnienie Internetu kontrolując jednocześnie jedyną działającą w nim stronę mającą miliard twarzy. W odróżnieniu od internetu Namiestnik nie zezwala natomiast na motoryzację. Ludzie poruszają się zatem złoconymi karocami, ordynarnymi powozami względnie rowerami. I to akurat jest w tym koszmarze fajne. Namiestnik nakazuje mi pomagać mu w redagowaniu strony WWW przez duże wu, kiedy odmawiam, ujawnia nagle i bez ostrzeżenia treść trzeciej tajemnicy fatimskiej, która zwala mnie z nóg niczym wielka kula ognia w elektronicznej grze rpg i skłania do bezwarunkowej współpracy. Żyję od tej pory pod strasznym brzemieniem wiedzy, która sprawia, że moje życie staje się niemożliwe do zniesienia, zostaję najlepszym redaktorem portalu, a emocjonalnie stale czuje się więźniem Planety Kościelnej, klaustrofobicznego sparaliżowanego ciała niebieskiego, żyjącej trumny. Doprowadza mnie ta trzecia tajemnica do krainy choroby psychicznej, która po ostrym epizodzie, nie leczona, bo i nie stwierdzona przez mojego internistę - nomen omen - ustępuje po trzech miesiącach by jednak powracać czasami w formie fleszbeku mrożącego umysł i serce paniką o temperaturze gęstego strachu. Brrr. Mimo tego nie przestaję snuć planów zgładzenia Namiestnika terroru. Tylko w myślach. On w myślach ostrzega mnie przed piekłem fizycznej męczarni, na którą może mnie skazać. Co przypomniało mi matkę Pietruszki i jej wypowiedź o fantomowych bólach zębów. Fantomy słabo wychodzą na usg ale bolą nie na niby.

Ostatnio mieszkałem na wsi. Kupiłem siedlisko nieopodal lasu. Ba, w zasadzie za lasem i zachowując starą drewnianą chałupkę rozbudowałem ją w kierunku pobliskiej obory, którą kazałem przerobić i zamienić na właściwą część mieszkalną. Kompleks stał się bardzo wygodnym domem z zewnątrz nie wiele różniącym się od innych biednych gospodarstw w okolicy. Również stara alfa romeo 155 nie wyprowadzała nikogo z błędu. Ukryłem się idealnie. Oczywiście tubylcy wiedzieli swoje, ale podobało mi się, że ta gra pozorów z sąsiadami się toczy. Między mną a Torbicką wszystko się ostatnio skończyło. Ona robiła się coraz młodsza, coraz mniej dojrzała i wkrótce uznałem, że budzi to wątpliwości moralne pomijając fakt, że jak oznajmiła nie jest jeszcze gotowa na poważny związek. Swój smutek związany z tym faktem starałem się przekuć w coś pozytywnego i postanowiłem na przekór przeciwnościom napisać wreszcie swoją pierwszą książkę pod roboczym na razie tytułem "Jak żyć". Tytuł nota bene był w trybie oznajmującym nie pytającym. Dużo nad nią pracowałem przelewając ogół moich doświadczeń na papier, instynktownie wykorzystując właściwe zdarzenia ze skarbnicy życia w odpowiednich momentach dyskursu; szło mi nieźle, efekt plasował się jakoś tak między powieścią łotrzykowską a weekendowym poradnikiem hobbisty. Nowopowstające fragmenty przesyłałem dwóm redaktorom, z którymi współpracowałem, a oni na bieżąco wyrażali swoje sugestie. I mieli pozostać bezimiennymi współautorami tej książki, która w mojej głowie była co prawda nieźle poukładana, ale jako wyprawa w nieznane potrzebowała niezależnych recenzentów. Nie był bym też sobą gdybym pozwolił redaktorom wiedzieć na wzajem o swoim istnieniu. Miałem więc swoją opinię i dwie kompletnie niezależne, które często ze sobą konfrontowałem by móc właściwie zmienić własną. Tego wieczora jednak rozważania nad tym jak żyć nabrały innego wymiaru. Pytanie było jakim cudem żyć DALEJ skoro cały mój biznes znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nalałem sobie szklaneczkę whiskey i zapaliłem cygaro. Za otwartym oknem grały świerszcze, a gdzieś w dali, chyba na przystanku PKS pośród pól ktoś grał na gitarze i śpiewał „Done left here” z repertuaru Mississippi Freda McDowella i było nieznośnie dixie w okolicach Baranowa. Zadzwoniłem kolejno do mojego prawnika i księgowego. Potrzebowałem pogadać. Nie byli może najbardziej właściwymi doradcami ale w zasadzie traktowałem ich jako jedynych prawdziwych przyjaciół. Wymyślając naprędce ich nazwiska postanowiłem, że opowiem im, iż przeciwnikiem nie tyle kary śmierci, co nawet śmierci w ogóle byłem dużo wcześniej niż wydano na mnie taki właśnie wyrok ostatecznego wymazania. Wiedziałem, że żaden z tych stworzonych przeze mnie manekinów nie będzie łudził możliwością łatwego rozwiązania, możliwością kontaktu z zaświatami jako drogą na skróty. Bez względu na to ile poziomów zaświatów powinienem teraz wyróżniać. Byliśmy odcięci. Ale jak już być odciętym, to w liczbie mnogiej, najlepiej z całym rozbudowującym się uniwersum. Z prawnikiem i księgowym i innymi przedstawicielami wolnych zawodów. Jeśli oni czegoś nie wymyślą będę głęboko w dupie; wtenczas instynkt każe zwolnić metabolizm wyobraźni, żeby kupić sobie trochę czasu i zacznę przygotowywać się na śmierć.

Najpierw rozmawiałem z matką Pietruszki. Na samym wstępie odradziła kontakt z kapelanem. – To nieprzetarta ścieżka – ton jej głosu dźwięczał obawą przed konkurencją dwóch doradczych profesji. - Problem sprowadza się do tego, że choć z Torbicką i innymi miałem świetny seks to nie jestem w stanie w realu ruszyć pierdolonym łbem czy nawet tak adekwatnie nieświadomą częścią mnie jak mały palec! - Matka Pietruszki, słynnego snajpera Sybilli Puławy - w chwilach wolnych od obowiązków rodzicielskich wybitna pani mecenas - wyraziła swoje zrozumienie. Zapewniła mnie o swojej empatii i dodała: - A skąd wiesz, że nie możesz ruszyć swoim, za przeproszeniem, pierdolonym łbem? - Skąd? Co ty wiesz o zaświatach? – bredziłem z rezygnacją. - Radź, ty jesteś pani mecenas. Radź! – Ok. Nie muszę chyba prosić o szczerość? Przed wypadkiem naprawdę byłeś przeciwnikiem kary śmierci? Czy znowu powtórzysz to swoje: „od zemsty nie jest państwo, od zemsty są sami zainteresowani”? Tylko nie kłam, jeśli chcesz żebym ci pomogła. – Przysięgam, zawsze tak uważałem, pieczątka i stryczek nie idą w parze. – Czego mam wrażenie, że zawsze mówiłeś co innego? – Nie przypominam sobie, żebyśmy się wcześniej znali – odparowałem głupio. Matka Pietruszki, w głębi swej świeżo wymyślonej psychiki, była najwyraźniej innego zdania traktując mnie jak chłopczyka, którego ciocia zna od dziecka. Wtedy usłyszałem w słuchawce: - Dobra, oficjalnie otwieram sprawę. Odezwę się niebawem. – Masz czas do rana, moja droga.

Wedle mojej dawnej sekretarki księgowy wyglądał zupełnie jak nie księgowy, a jak młody bób – inaczej ciacho. Uwielbiała i bób i jego. Młody Bób początkowo nie krył niezadowolenia, że dzwonię o tak późnej porze. – Słuchaj Młody Bobie, mam gdzieś czy dzwonię przed czy po wieczorynce. Ty doisz mnie 24/7. – Ok, ok.! Niech sobie zapalę cygaro, żeby nam się dobrze rozmawiało. – I kiedy czegoś tam szukał uspokajał mnie przez telefon: - Spokojnie, wszystko załatwimy: świat nie wypada tak źle przy porannej kawie, noc przyniesie dobrą radę. Dziś powiem tyle: jak nie wiadomo o co chodzi to jest to sprawa dla buchaltera. – No właśnie, czyżby? A jeśli to kwestia wobec której wszyscy jesteśmy równi? – Bzdura – próbował wejść mi w słowo wypluwając kawałek tytoniu. – Bzdura i jeszcze raz bzdura. Nie tego mnie na studiach uczono! To, że jesteśmy teraz w stanie rozmawiać potwierdza moją rację. – Młody Bób naprawdę urządził burzę mózgów. Najpierw ponoć chciał wykorzystać stary sprawdzony kanał transferu pieniędzy do realu i w opisie przelewu streścić tę ekscytującą historię prosząc o pomoc obdarowanego (na przykład od Ciebie). Później bajał o stymulacji mięśni karku terapią  sześciozerową. – Wiesz co Bob, postaraj się rozgryźć tę sprawę później jak już nie będę musiał słuchać jak głośno myślisz. I nie dostań tam raka od tego dymu. Jak i uważaj na porażenie prądem. Jesteś mi potrzebny. – Niby zapewnił mnie że już zgasił ale słyszałem ten dym przez słuchawkę głośno i wyraźnie. Pieprzona gnida pewnie się jeszcze uśmiecha – pomyślał paralityk o palaczu.

Dopiero Kim Min Maria Rzymski, mój osobisty geograf, pół Koreańczyk pół Włoch, pół, chciałoby się rzec, Polak powiedział coś co miało z czasem nabrało sensu jak już to przemyślałem. - To jeszcze raz Krzychu… – tak Kitajca wołałem będąc już po połowie butelki McPhucking&Twaat Rare Collection z jakiegoś starodawnego bodajże rocznika – …wytłumacz mi co ty pierdolisz?  – Więc jeszcze raz, jak krowie na miedzy, tłumaczę, że ziemia jest geoidą wypukło-wklęsłą i w jej wklęsłościach występują nieznane jeszcze i niewykrywalne dla konwencjonalnych satelitów kontynenty. Lądy te jak mi nieoficjalnie wiadomo bogate są w złoża ropy, które mogą przedłużyć trwanie ery paliw kopalnych o setki, a może i tysiące lat. – Jaki to ma związek z zagadnieniem? – Siedem lat badań w rejonie Pacyfiku, studia tradycji ustnej ludów Mikronezji, podania o dziurze w oceanie i tzw.: „niskim morzu” etc.! Prawo może zawieść, system finansowy może się zawalić ale żarłoczność naszej cywilizacji nigdy. Kto wyciągnie cię z tego gówna jak nie wielkie koncerny paliwowe? – Ale to jest bez sensu. – Na czym opierasz to przekonanie? Na własnej intuicji, na swoim zdrowym rozsądku? A z czego wnosisz, że ziemia jest właśnie okrągła, wypukło-okrąglutka jak piłeczka? Niebawem, wierz mi, wszyscy usłyszą i uwierzą w bardziej wklęsłą ziemię – jego płaska twarz, jeszcze bardziej płaska na ekranie monitora była, zdaje się, rozentuzjazmowana.- Koniec samochodów hybrydowych i napędów wodorowych. Na długie lata koniec. Witaj spalinowy wózku golfowy! – tu zarechotał z rozbestwieniem godnym lepszej sprawy. Niektórzy być może po prostu genetycznie nienawidzą tej planety. I oto okazuje się, że ma ona dość zasobów pozwalających by ją wyjałowić raz na zawsze i uśmiercić. Może kurwa sama chce umrzeć podsuwając swoje skarby?

 

Nie wiedząc do końca jaki jest dzień tygodnia zdecydowałem się dodać swój własny, ósmy by tydzień zindywidualizować. Nad nazwą ósmego dnia biedziłem się nieco i postanowiłem, że zacznę od wybrania, między którymi już istniejącymi dniami go umieszczę. Jako że piątek popołudniu był najfajniejszym czasem tygodnia zdecydowałem, że dodam kolejny, przedłużający go o 24h dzień wolny od pracy prowadzący bardziej pokręconą, i lepszą bo dłuższą, drogą ku sobocie - tak zrodził się szóstek zwany niekiedy popołudnikiem lub kociokwikiem. Pomysł był genialny o tyle jeszcze, że już wkrótce znany wszystkim siedmiodniowy tydzień i ten mój zaczęły się kompletnie rozjeżdżać, tylko czasem coś się na trochę zgadzało. I to właśnie któregoś pięknego szóstkowego popołudnia zaczęła się nowa era w dziejach ludzkości, odkryliśmy nowy kontynent. Mniej więcej w tym samym czasie wpływy wynikające z wynalezienia nowego dnia tygodnia – który prawie od razu przestał być wolny - przekroczyły trylion trylionów starych kredytów. Świat więcej pracował i świat więcej bawił się – szkoły i uniwerki miały więcej wolnego a fabryczne kominy dodatkowy dzień żeby dymić. W jednej ósmej tego bajzlu miałem swój wyłączny udział, który sprawił, że nie chciało mi się nawet logować do mBanku.

Nie wiedziałem czy wciąż lecieliśmy jeszcze nad Pacyfikiem i zastanawiałem się właśnie czy należało wymyślić tym wodom również jakąś nową nazwę, kiedy telefonicznie odezwała się matka Pietruszki informując, że wyznaczono termin rozprawy wstępnej. – Jaki  termin? Przecież sprawy zmierzają w dobrym kierunku. – Wiem, czytuję gazety. Nie szkodzi jednak się nieco ubezpieczyć. Z korzystnym wyrokiem niezawisłego sądu pójdziemy dalej egzekwować twoje kwestionowane prawo do życia. – Wiesz, po tym jak to powiedziałaś, pomyślałem, że rzeczywiście, czemu nie? - To tylko wizyta w sądzie, pomyślałem. Później pojawiły się zakłócenia wynikające chyba z zaniku sygnału telefonu. W końcu lecieliśmy już nad kontynentem niewykrywalnym dla satelitów. Alteroterrą. Patrzyłem na bezmiar dziewiczej puszczy nietkniętej ludzką nogą, która miała kryć wychodzące niemal na samą powierzchnię czarne złoto. Jak mi szóstkowych trylionów zabraknie, żeby w sprawie przetrwania posmarować, to dołożę z czarnego złota i na pewno wystarczy. Jeśli oferta ma wystarczającą ilość zer w słowniku zaczyna brakować słów zaczynających się na ‘nie’. Zacieranie rąk i optymistyczną myśl „damy radę!” zakłócił widok dość dużego miasta pośród kniei, które pojawiło się w polu widzenia. Za chwilę też samolot nagle i dość gwałtownie zmienił kurs, włączył się znak „zapiąć pasy”, zaterkotał też interkom. Podniosłem słuchawkę  i usłyszałem głos pierwszego oficera: - Strzelają do nas szefie.

Oprócz podłych much – o których później - są w życiu paralityka jeszcze inne nieprzyjemne chwile. Na przykład gdy jest się skazanym na słuchanie audiobooka. Ostatnio żona puszczała mi 'Sklepy cynamonowe'. Wiem, przed wojną byłem wielkim miłośnikiem literatury, trochę nawet na prawdę, więc mogła uznać, że tego bym właśnie chciał. Czasami słuchać arcydzieł. Ale choć to świetna literatura, potrafiła zatruć mi lekkie, łatwe i pełne przyjemnych przygód i tylko okazjonalnego rozmyślnie dawkowanego horroru życie. Po prostu nie zawsze jest właściwy moment na Schultza. Jak źle pójdzie to odnośny fragment „życia” szydzi z treści Schultzowskiej lub na odwrót, subtelny normalnie pisarz bluźni, niechcący rzecz jasna, mojemu bieżącemu losowi, który sobie tkałem. Czasami nasze narracje nakładały się, zestrajały jakoś i powstawała tzw. nowa jakość, wzajemna harmonia uczuć religijnych, synergia naszych aur. To były te rzadkie chwile, które nadawały sens mojej audiobookowej Golgocie. Jak choćby wtedy kiedy w Drohobyczu pojawił się ojciec Mateusz pomóc w poszukiwaniach zaginionego ojca podmiotu lirycznego. Tak się też zdarzało, może raz, może dwa. Na szczęście w intencjonalnym niesłuchaniu specjalizowałem się ostatnio i jakoś dawałem radę eliminować niedogodności natarczywej literackiej tuby nadającej nieraz bez przerwy długie godziny. Chwilami człowiek oczywiście się poddawał i robił to co należało czyli pozwalał nieść się czytanej przez znanego aktora opowieści. I wtedy odkrywałem sensy, aspekty, detale wcześniej nieokurzonego zaplecza. Na ogół jednak nienawidziłem Schultza. Nothing personal. Magda wypożyczała książki z audio-teki dla niewidomych. Któregoś dnia przyniosła trzecią część Schultza – „Taksydermicznego zombi”. Sprzed wypadku, w zasadzie jeszcze ze szkoły wiedziałem, że to najlepsza część jego trylogii i jedna z godniejszych pozycji na mojej liście lektur nieprzeczytanych. Już przed końcem pierwszego akapitu wiedziałem, że zaszła pewnie jakaś pomyłka. Być może w okładce tej książki zaplątała się płyta z powieścią Danielle Steel albo innej takiej. Gdybym panował nad przeponą pewnie bym się uśmiał nad ironią mojego paralitycznego losu. Ale szybko mnie wciągnęło i już dawno nie bawiłem się tak dobrze. Sercowe perypetie jakichś pajaców i słyszalna zadyszka kiepskiego lektora. Życie, życie jest nowelą…

kontynuacja w części trzeciej

20:14, kfiatol
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 marca 2011
Paralityk 1

Po latach, można na wyrost powiedzieć, wracam do publikacji na blogu. Na początek opowiadanie. Nieco przydługie, więc w odcinkach.

 

PARALITYK

 

1.

Byłem od pewnego czasu sparaliżowany od szyi w dół i żyłem głęboko pogrążony w swojej żyznej ojczyźnie pachnącej pościeli. Żyłem to jednak niewłaściwe słowo jeśli chcemy być precyzyjni powszechną precyzją. Ja istniałem. Istniałem i był to nawet byt dość pogodny, do pewnego stopnia, niezrozumiałego dla pozostałych ludzi niebiański. To prawda, z punktu widzenia człowieka 'na chodzie' musiałem znacznie się zmienić by dostosować do sytuacji zgoła patologicznej. Sam nie wiem jak to się udało. Być może przedłużone przebywanie w błogim łóżeczku przyniosło dobrą radę. Pamiętam jeszcze szpital, potem ośrodek rehabilitacyjny, który w moim przekonaniu był kompletną stratą czasu, bo ile rehabilitant może wykonywać za ciebie ćwiczenia? Wypadłem z samolotu bez spadochronu. Spadałem. Spadałem. I spadałem. Machanie rękami nie pomagało. Ziemia zbliżała się minimalnie, przestawałem się bać. Byłem zawieszony w niebie. Potem przyszedł czas na dom opieki, aż wreszcie powrót pod własny adres. Opiekuje się mną teraz żona z pomocą dochodzącej pielęgniarki. To tyle jeśli idzie o tło. I wezwanie: nie martwcie się o mnie, mam się dobrze.

Ludzie potrzebują rozmówców. Najlepiej ciągle nowych. Zatem sytuacja była obiecująca i dawała pole do popisu. Dookoła kręcili się jeszcze pracownicy planu, Torbicka  miała pudrowany na szybko nos i charakteryzowała się kontrowersyjnym podobieństwem do mojej pielęgniarki. Za chwile miał się zacząć wywiad ze mną. Nie myślałem o jego temacie. Zerkałem tylko na nią. Prezentowała się zjawiskowo. Odniosłem nawet wrażenie, że wyraźnie odmłodniała. Nie ważne było o co się zapyta. Powiem co będzie chciała. Skomentuję sytuację polityczną. Wyznam, że jestem gejem. Albo, że planuję wejść w film. Można by coś nakręcić. Coś genialnego się wyreżyseruje. Nie dałbym rady? Projekt jak każdy inny, którego dotąd się podejmowałem w długiej karierze. To sprawi, że zapraszany na festiwale do Cannes czy Wenecji będę mógł dać jej wyłączność na robocze lunche albo biznesowe kolacje. Zaczęło się. Najpierw była anegdota za anegdotę. Potem, chcąc samczo ją zdominować, niby od niechcenia dotknąłem jej kolana opiętego przez jasne rajstopy i zapytałem się robiąc wrażenie zadziwionego: - Pani Grażyno, ile pani ma lat? Bo mam wrażenie, że z każdą chwilą jest to coraz mniej niestosowne pytanie. - Dziewiętnaście. - Na prawdę, zrobiłaby to pani dla mnie? – zupełnie wybiłem ją z równowagi. Nie miała tego w planie. Poirytowana ukazała mi twarz jakiej nie znałem z telewizji i jakiej zdjęć nie było na GumowymUchu4. Pomysł się jednak ziścił. Złotej Palmy wprawdzie nie zdobyłem, ale moje kino było marginalnie zauważane a oryginalne. Nazywano mnie nawet Kurosawą filmu przyrodniczego. A przede wszystkim był pretekst do podróżowania po filmowych festiwalach szlakiem wyróżnień pozakonkursowych i nagród publiczności. Proza mojego nowego życia.

Tymczasem w domu, jakiś czas po moim wypadku Magda wygrała w totka. Kupon sprawiła sobie sama na urodziny - ode mnie niczego się już nie mogła spodziewać. Z trzema innymi szczęśliwcami podzieliła siedem milionów.  To, że sam miałem z tego żadnej frajdy nie mieć było mi już tak obojętne jak ten początkowy żal, że nie mogę odpokutować winy, że do prezentów się nie przykładałem, kwiatów w zębach nie nosiłem. Wszystko to było nieistotne stanowiąc część jakiejś innej bajki, w której byłem już tylko paralitykiem. Życie toczyło się dalej, kto nie maszeruje ten ginie. Żeby nadążyć musiałem wyzbyć się pewnej części siebie. Ta część mnie, która była więzią z kobietą musiała odejść. Wiedziałem, że ona będzie koło mnie, ale dla mnie miała nie istnieć. Trochę musiałem się nad tym z razu napracować ale wyszło. A wypracowawszy to nie mogłem sukcesu narażać na niebezpieczeństwo. Regres bowiem musiałby pozbawić mnie zmysłów. Szczęśliwie nad wszystkim panowałem. Byłem ofiarą paraliżu pozbawioną możliwości kontaktu ze światem i z tego faktu postanowiłem wyciągnąć wszelkie możliwe profity. W środku moja psycha trzymała się mocno. Nasze interakcje po wypadku były rzecz jasna zupełnie jednostronne, więc nie musiałem psychy mocno testować. Słuchałem Magdy, ale nie za bardzo mogłem ją widzieć, bo powieki w sposób niekontrolowany migały mi raz to łaskawie pozwalając popatrzeć na świat, innym razem pozbawione były litości. Magda uchylała mi je czasem. Widziałem więc te wszystkie szpitalne wnętrza, w których zalegałem i jej smutną twarz. Te nasze zbliżenia i chwile bliskości zawsze kończyły się jej i moim płaczem. Z tymże mój płacz był po prostu reakcją oka na podrażnienie spowodowane niewystarczającym nawilżeniem. Na okna mojej duszy lał deszcz.

Czas płynął sobie śmiesznie jak chciał. Zastanawiałem się czy wciąż jestem Polakiem? A może już tylko Pościelakiem? Chwilami wydawało mi się, że mówię w tym ich języku, jakimś innym. Jeśli mówisz nie musząc dobywać głosu produkujesz tylko nieartykułowane wyobrażenie, myślowe echo mowy, cichy nieestetyczny bełkot. Nawet szybko przestało być mi żal, że nie mogę już mówić po angielsku. Mogłem swobodnie, płynnie, ba, ze swadą po angielsku rozmyślać. Bez obawy potknięcia. Zacząłem również doceniać to, że nie mogę w nieskończoność sprawdzać znaczenia tych samych słów w słownikach. Prawdą jest, że przypominałem sobie problemy gramatyczne, których nie zdążyłem rozstrzygnąć ostatecznie. Ale i na to znalazłem sposób. Na to były rozmowy w jednej z modnych restauracji, w ekstrawaganckim neonowym wodopoju nadwiślańskiej dzielnicy rozrywki. Australijczyk z licznej kangurzej kolonii naszego artystycznego miasta jasno wyłuszczał kwestię w swoim niezrozumiałym narzeczu ucinając wszelkie spekulacje. Być może wszechświat substancji szarej niczym kosmos, w który się wsłuchujemy podrzucał odpowiedzi oparte na podświadomie, w szarą dziurę wchłoniętej rzeczywistej wiedzy? Być może było to zmyślenie kombinujących zmysłów podobnie jak dzika impreza w mieszkaniu trzech tajskich prostytutek na Niwie?

Zawsze lubiłem radio. I utrwalił mi się zwyczaj słuchania go w kuchni, dla której to przyjemności długo kuchni nieraz nie opuszczałem. No, umówmy się, by żyć potrzebujemy jakiegoś kontaktu ze światem zewnętrznym, jakiegoś, choćby z przetrąconym językiem, rozmówcy przekazującego nowiny. Nasze płuca mogą bez problemu, nieraz  w nieskończoność oddychać podłączone wtyczką do ściany, gdy mózg jest już martwy, lecz żywy umysł nie może nie przewietrzać się, nie wystawiać na nowe bodźce, bo to go życia pozbawia. Moimi jedynymi pewnymi otworami na świat były uszy. Łowiłem więc świat nasłuchując mocno, jak stara baba przesiadująca „na maglu” przed domem. I to odkurzanie dźwięków z okolicy, zasysanie 100% info, to właśnie mnie pchało do przodu kiedy leżałem jak ten paralityk. Umiejętnie, selektywnie słuchając można się było nakręcić do życia, a ja stałem się mistrzem tej  umiejętności bardzo szybko, bo nieumiejętność była śmiertelnie niebezpieczna. Codzienne sprawy, małe kwestie, banalne problemy maluczkich nie istniały dla mnie, bo nie mogły. Istniał dla mnie tylko cały świat. I nazywał się radio. Całe info, którego pożądałem mogłem zdobyć z nędznego odbiornika z nadłamaną antenką, który opowiadał o kraju i świecie, rzeczywistości ogólnej, encyklopedycznej, w ujęciu kronikarskim, historycznym i holistycznym. W ten sposób mogłem być obywatelem stereofonicznego świata niekoniecznie będąc obywatelem miasta, w którym byczyłem się w łóżku. Tak więc radio dałoby mi w zasadzie wszystko, czego chciałem się dowiedzieć. Niestety było jakoś tak, że Magda radia nie kochała. Przed wypadkiem jak zostawiłem je włączone w kuchni na dłużej wyłączała, przestraszona mnogością źródeł dźwięku. I teraz kiedy tak potrzebowałem głosu Warszawy, jako intelektualnej i duchowej karmy, radio milczało miesiącami. To nie było złośliwe, nie zwróciła po prostu na to uwagi. A, że nie mieliśmy zbyt wielu gości, a i Magda nie mówiła za dużo do siebie ,to coraz mniej było wokół mnie prawdziwych ludzi z ich audycjami na żywo. Zatem zostawała Drzyzga i filmy fabularne. Z nich, z pewnym opóźnieniem potrzebnym na odpowiednią intelektualną obróbkę zakamuflowanych przekazów czerpałem wiedzę o aktualnej politycznej sytuacji w kraju. Teleturnieje dostarczały, przypadkowych dość, co prawda, faktów będących nieocenioną pomocą.. Bo Magda nie znosiła też i w ogóle nie włączała kanałów informacyjnych. I zanim to się stało, TO, wydarzył się jedyny wtedy akt telepatii między mną i Magdą – jakich wcześniej było sporo. Nie dotyczył zmiany kanału w TV. Chodziło o to, że uświadomiwszy sobie, że mi to bez różnicy z moim inteligentnie nieodczuwalnym ciałem, możemy mnie w pozycji pionowej na jakiś czas ustawić, podwiesić czy coś. Bym wtedy, gdy powieki oczu pozwolą, obserwować sobie mógł świat oglądając TV. O tym marzyłem i okazało się to dzięki przemyślności mojej żony możliwe. Umieściła mnie – przy pomocy rozbawionych sanitariuszy - w odpowiednich szelkach zawieszonych w dużej szafie w salonie. Ta wertykalna trumna była przesympatyczna. Gdy było nudno drzwi szafy były zamknięte. Gdy coś się działo czy włączony był TV wyglądałem sobie na otwarty świat. Czasami coś ciekawego omijało mnie jak to nieraz zdarza się staremu garniturowi w szafie, ale przynajmniej godnie w pionie mogłem sobie wyobrażać, co się tam dzieje nasłuchując i nie robiąc w łóżko, w którym leżałem tylko jak człowiek pod siebie.

Niekiedy oddawałem się drobnemu luksusowi. W środku nocy przyciśnięty, kto wie czy nie zmyślonym, głodem sięgałem po komórkę i dzwoniłem po najlepszą pizzę. Różnie to jednak bywało, czasami przywozili mimo, że było po godzinach otwarcia, czasami nawet tuż przed 23, po wielu, wielu, wielu dzwonkach słyszę co następuje: Oczyszczalnia Radom, słucham! I okazuje się, że do rana trwa przerwa technologiczna. Na szczęście często pizza przyjeżdża, a wraz z nią zjeżdżali do mnie z imprezą harcerze. Zwykle towarzystwo mieści się w trzech taksówkach. Kiedy już byli, wiadomo, że nie będzie przelewek, zaczyna się blitzkrieg, pijemy na umór, ale tak by przetrzymać kompana. Nie możesz nie podbijać tempa, ale nie możesz też przesadzić. Klasyczne ludobójstwo, wyprawa na szczyt możliwości, którą jutro skończy się zjazdem ku karmicznej depresji. Na imprezie zawsze pojawia się ktoś z komitetu rodzicielskiego. Matka Pietruszki, który poszedł w świat, też zawsze skądś się bierze. Matka, którą chciałbyś podsadzić. Prawdziwi harcmistrze, których pozwalając sobie na luksus zapraszałem do siebie. Luksus przychodził do mnie czasami również sam. Magda regularnie poiła mnie dobrym trunkiem. Jego smaku prawie nie czułem. Ale to, co prawie czułem, dawało mi ogromne, ostatnie już chyba fizyczne doznanie. Szczególnie wódeczka, choć czasami zdaje się piwo również, tudzież wino. A może tylko lepkie Malibu plus nieco skłonności to fantazjowania? Ale zawsze wyłapuje wyraźnie woń, zapach alkoholu, a czasmi i lekki ślad bukietu. Tę rozkosz zwąchanego fermentu. Pewnej szczególnej manualnej zręczności wymaga od mojej żony natomiast poczęstowanie mnie papierosem. Ale jest to, zapewniam, możliwe bez żadnego dodatkowego ekwipunku. W tej sytuacji nie myślisz już, ani ty ani żona, o raku płuc. Liczy się szczelność. Liczy się impreza!

 

Któregoś razu Magdy nie było w domu, z niewyjaśnionych przyczyn, przez cztery dni. Cztery dni zamknięty w szafie. Zaiste uwielbiałem kiedy miałem wreszcie mieszkanie tylko dla siebie. Stojąc nieruchomo pośrodku mini katedry obserwowałem słoneczny laser szpary drzwi krojący powoli mrok w tempie odmierzanym słonecznym zegarem i powoli wędrujący po wybitnym acz dziwnym dziele sztuki: oddychającym posągu wewnątrz świątyni paraliżu ogólnego. Kiedy oczy posągu zmęczyły się i zamknęły poczułem dopiero jak jest gorąco, jak nie w starych murach kościoła zupełnie. Wtedy, dzięki wyćwiczonemu umysłowi, z zamkniętymi oczyma, momentalnie przenosiłem się na chłodny już po upalnym dniu balkon, na którym uświadamiałem sobie, że bardziej już lata tego lata nie będzie. Był początek sierpnia, ale nie wiedziałem tego na pewno. Magda nie często zbierała to wszystko do kupy przedstawiając mi raport ze stanu świata. Często dryfowałem wraz z szafą samotnie długimi tygodniami przeprawy przez międzyplanetarny ocean skonfundowanej orientacji w czasie ze znakiem sierpa i młota na meblowej sondzie z płyty pilśniowej. Zdawało się niby, że będąc tak daleko i tak długo w kosmosie degeneruję się i obumieram jeszcze bardziej przez brak jakiegokolwiek kontaktu z naturą przyziemną. Ale bynajmniej. Kwitłem i zapylałem. Było to jakby lato mojego życia w przemożnym wpływie wyżu rosyjskiego. Krótko się spało, a dużo śniło.

kontynuacja w części drugiej

21:52, kfiatol
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 stycznia 2010
hard arm of totality - Island of many shipwrecks

33


W prawo, nie tracąc z widoku Lambay Island idziemy do Portmarnock. Niewysoki klif, przybrzeżne skały, asfalt, jest piątek trzynastego. Zadzwoniłem do pracy żem nie w sosie i rozpocząwszy weekend wcześniej uczyniłem go długim weekendem, obecnym w kalendarzach tylko niektórych bardzo małych krajów świata, których stolic nie znacie. Co zrobić, taki ze mnie gnuśny typ. Ale w gnuśności swojej chciałem jednak ów leniwy dzień spożytkować, na to o czym marzyłem przyciśnięty biurkiem do ściany w dni powszednie. Spożytkować na aktywne spędzanie czasu wolnego. A ostatnio marzyło mi się nieśpieszne śniadaniowe delektowanie czymś smażonym, a potem porannym spacerem nad morzem i jeszcze grzebaniem w skrzynkach pocztowych sąsiadów, w bezludnym budynku. Takie prawdziwe smakowanie, na które nigdy normalnie nie było czasu. Bo wschód słońca nad morzem oznaczał dla mnie, co rano, zwykłą drogę do pracy. Czasem na rowerze, zawsze pod wiatr, niekiedy z buta, a innym razem na przystanku, w oczekiwaniu na granatowo żółtą szafę autobusu Sutton Station to Dublin Ariport. Szczytem kontemplacji było dostrzeżenie fatamorgany latarni Rockabil na niewielkiej wysepce, nagle w oddali oświetlonej słońcem. A więc, w prawo nie tracąc z widoku Lambay Island…

W naszych czasach (jakie właściwie one są?) i na naszych wysokościach geograficznych wielkie historyczne procesy, zdarzenia epokowej wagi, gwałtowne konflikty nie decydują tak bardzo o tym, że ludzie opuszczają swój kraj. Mamy czasy, tak zwanego, względnego spokoju. Nie gest tyrana określa los setek tysięcy ludzi, nie kaprys historii. Decyduje dyskretny przypadek, pod nazwą możliwości, okazji, szansy i klątwy nieograniczonej dyfuzji. Decyduje jednostkowa reakcja na kombinację czynników, które składają się na jednostkową sytuację i która to reakcja jest tak przemyślana przez jednostkę, jak wyrzucona z premedytacją jedynka. A może chciałbym tak myśleć. Obrona wiary w przypadkowość rzeczy prowadzi do powstawania ciekawej nieprzypadkowości w naszych głowach, którą nazywamy, zdaje się, tożsamością. Zatem to, co ze sobą w życiu robimy nie rozstrzyga się przez podejście do skomplikowanego testu przeznaczenia, z wielokrotnie złożonymi odpowiedziami, które spec destynolog przeliczy nam wedle obowiązującej tabeli i powie, co mamy ze swoim istnieniem zrobić. Ty świetnie nadajesz się na strażnika w parku narodowym, ty na bosego nauczyciela dobrej nowiny z Targówka, a dla ciebie nie ma innej drogi niż Ameryka. Testu nie ma, sami decydujemy. Mistrzowie karmy idą na żywioł. A mimo to przyrodzony porządek, wciąż w Polsce obowiązujący, że syn kowala jest kowalem, a córka pracownicy biurowej Państwowego Instytutu Weterynarii jest zawsze, a jakże, pracownicą biurową tejże pożytecznej instytucji, sprawia, że niektórzy decydują się na emigrację zarobkową, lub też emigrację wewnętrzną, tudzież migrację tam gdzie nas nie ma, w województwie ościennym, w idyllicznej Polsce C. Indywidualizm kwitnący w naszym kręgu kulturowym ma się świetnie w czasie pokoju, demokracja i dobrobyt przesładzając wszystkie desery niszczą przeznaczony nam wyrafinowany smak ucieczki przed losem. Przeznaczeniem, którym kiedyś był wyrok tyrana, rozkaz bohatera narodowego, koniczność dziejowa, drugie zlodowacenie czy zaraza ziemniaczana. Konieczności dziejowej już nie ma. Do odwołania!

Wiatr gwizdał we włosach, zawodził w kablach słuchawek, ale ogólnie rzecz biorąc było przyjemnie i słonecznie, czasem tylko szybko przegoniło jakieś chmury i znowu było ładnie i jakoś duchowo porywiście. Mrużąc oczy, bo zapomniałem okularów słonecznych, gapiłem się na horyzont uświadamiając sobie, że mimo iż dobrze wiem, że za morzem jest Walia, przez chwilę myślałem o Ameryce. Ale myśl o Ameryce jest tu przecież nieunikniona historycznie. Tak jak nie ma Ameryki bez Irlandczyków tak nie ma Irlandii bez Ameryki. Poza tym jest relatywna bliskość Nowego Świata, jak wykazały pomiary wykonane palcem i kciukiem na internetowej mapie. Bliskość nieco tylko mniejsza niż bliskość Polski. Widząc już niekończącą się plażę Velvet Strand, przy zachodnim wietrze, który sprawiał, że Morze Irlandzkie pozostawało nadzwyczaj spokojne, zbliżałem się tam, gdzie zwykle parkował van lodziarza. Nad tym brudno złocistym kawałkiem wybrzeża przebiegał korytarz lądujących w Dublinie samolotów. Można było zobaczyć rozciągającą się na dziesiątki kilometrów kolejkę błyskających punkcików wyłaniającą się z chmur daleko nad widnokręgiem. Nieraz widać było naraz cztery obniżające się jeden za drugim. Również te z Ameryki musiały przelecieć nad lotniskiem i wykonać zakrętas już nad morzem by od wschodu wylądować w stolicy Irlandii. Cały ten spektakl podniebnego tańca kolosów różnej maści można było dobrze tu obserwować. Tutaj, na Velvet Strand, gdzie przy wejściu na plażę stoi sferyczny pomnik ze sterczącą igłą skierowaną w kierunku gwiazdy polarnej nazwany przewrotnie Krzyżem Południa na cześć Southern Cross, samolotu, którym odbył się pierwszy transatlantycki lot ze wschodu na zachód, czyli w tym trudniejszym kierunku, przeciw wiatrom ku uciekającej Ameryce. Polem startowym była właśnie Velvet Strand. Musiało przynosić szczęście to miejsce. Można było sobie przecież skrócić lot do Ameryki wybierając pas startowy nad atlantyckim wybrzeżem Irlandii, oszczędzając ze 200 mil. Ale może jak się już własnoręcznie lata to człowiek nie zniża się do transportu lądowego.

St. Louis zwane też Pachą Ameryki nie ma w sobie nic szczególnego. Wymarłe centrum pełne wieżowców, mało atrakcyjny brzeg Missisipi, zaniedbane dzielnice przemysłowe wkradające się do bardziej reprezentacyjnego śródmieścia. Dlaczego więc to właśnie „Duch St. Louis” tchnął by przekroczyć można było Atlantyk lotem non-stop? Pierwsza próba przelotu – zresztą z drugiej strony - podjęta w maju 1927 przez Francuza Charlesa Nungessera nie powiodła się. Jego samolot widziany był jeszcze, jak przelatywał nad wybrzeżem Irlandii właśnie. By zaginąć bez wieści. Niespełna dwa tygodnie później, po drugiej stronie wielkiej wody, Charles Lindbergh, po nieprzespanych 24 godzinach spędzonych za sterami Spirit of St.Louis, na wieść o dobrych warunkach atmosferycznych postanowił wyruszyć w swój 33 godzinny lot do Paryża bez zwłoki. Jego samolot wyposażony był w peryskop, gdyż bezpośrednio przed nim znajdował się dodatkowy zbiornik na paliwo ograniczający widoczność, miał też celowo zmniejszoną stateczność podłużną i niewygodny fotel aby uniemożliwić zaśnięcie za sterami. Wszystko ułożyło się świetnie choć nie należy zapominać, że był to wyczyn na granicy ówczesnych możliwości. Po 25 godzinach lotu nadlatuje nad Irlandię gdzie obniża pułap i podobno jest w stanie dostrzec wiwatujących na jego cześć ludzi. Wreszcie dociera do Paryża, gdzie po szczęśliwym lądowaniu noszony jest na rękach w swoich kompletnie przemoczonych uryną spodniach.

Należy tu oddać sprawiedliwość kapitanowi Nungesserowi, asowi lotnictwa z czasów Wielkiej Wojny, temu który zaginął bez wieści. Jego przelatujący samolot, wedle niektórych relacji, słyszano gdzieś nocą w stanie Maine. Całkiem możliwe, że wrak zostanie kiedyś odnaleziony w tamtejszych lasach i tytuł Lindbergha będzie można zakwestionować. A może wylądował, nic nie powiedział i zdobył zieloną kartę? Zresztą perspektywa lotu transatlantyckiego kusiła odkąd ludzie zaczęli praktykować awiację i z międzylądowaniami dokonało go kilkadziesiąt osób jeszcze przed rokiem 1927. Przelot bez międzylądowań, ale tylko z Nowej Funlandii do Irlandii (lądowali w Clifden nad atlantyckim wybrzeżem) nastąpił już osiem lat przed Lindberghiem, ale nie liczył się jako ten pełny wielki skok.

Irlandia jest Ameryce bliska, darujmy sobie frazesy o byciu pomostem, bo czego to pomost? Irlandzka wyspa pływa po prostu w tym samym atlantyckim garze zupy. Zanurzyłem palec i zupa była słona. I przecież jakoś tak jest, że wystarczy dobrze spojrzeć, a za oceanem majaczą sylwetki manhattańskich wieżowców, amerykańska wizja roztacza się łatwo, a repatrianci jeżdżą po Dublinie pickupami na blachach z Empire State słuchając country. Wszelkie granice na tym świecie są bardziej lub mniej odporne na osmozę. Irlandzcy rybacy docierający do brzegów Ameryki wieki temu nadali Nowej Funlandii gaelicką nazwę: Talamh an Éisc. Może wypuścili się daleko za zachodzącym słońcem po tym jak regularnie znajdywali na brzegu rodzimej zatoczki indiańskie dream-catchery i inne podejrzane artefakty?

Do porządku przywołały mnie dziarskie panie twardo uprawiające power walk. Jeszcze chwilę żegnałem się z widokiem plaży w Portmarnock. Lambay Island była teraz bardziej po lewej stronie, patrzyłem na zielone samoloty Aer Lingusa przelatujące tuż nad głową jeden za drugim. To przypomniało, że podejście do lądowania oferuje niepowtarzalną szansę przyjrzenia się Lambay z góry, w jej karykaturalnej, nieprawdziwej formie. Ujrzenia jej powierzchni, areału, jej rozległości zielonych. Zamiast normalnej formy, którą kategoryzowałem jakoś, jak dajmy na to ozdobną subtelność na horyzoncie, jubilerskie dzieło natury. Hektary nie były jednostką miary, w których można było je mierzyć.

I to chyba power walk, którego postanowiłem spróbować wywołał te halucynacje, uwalniając złogi przedziwnych substancji, które osadziła w moim ciele cywilizacja, do tego doszła muzyka ze słuchawek, poczucie odrealnienia, wiatr, ale i jakieś zapadnięcie się w widowiskowość krajobrazu. Minąwszy kajciarzy na pomoście, zwykle zajętym przez wędkarzy, nie mogłem zrozumieć naraz czemu wcześniej odmawiałem wagi wielkim procesom historycznym. Prawdopodobne, że dlatego iż książki z historii dwudziestego pierwszego stulecia jeszcze są w przygotowaniu. Marzenia ludzi, które zbudowały, weźmy, Amerykę były na dobrą sprawą budulcem. Te drobne indywidualne marzenia tworzyły różnokształtne cegiełki, które nakładając się na siebie, z czasem stworzyły budynek. Jego kształt, spontanicznie powstały, stał się obowiązującym wzorcem piękna, przeszedł do kanonu, współtworząc model, trend, nurt, epokę. Tymczasem to co powstaje teraz ogarnąć mogą co najwyżej ludzie głębszego wglądu. Z czasem coś o tym napiszą, a ja przeczytam i powiem: aha! Więc jednak nasza era ma jakąś logikę. Na razie miałem tylko zmyślone medytacje. Bo ja przecież na spacery wzdłuż morza nie chodzę, ani się w nim nie kąpię, żadnych nie puszczam latawców.

Wróciłem do domu gdzie czekała zimna konsola. Playstation trzy czwarte, mój prawdziwy cel, mój plan na wolny piątek, słodka zemsta na tych, którzy dopiero zbliżali się powoli do pory lunchu. Z niesmaczną bladą kanapką z chleba tostowego (po który poszedłem do Portmarnock) w jednej ręce i padem w drugiej (w roli steru samolotu przebywającego Atlantyk). usiadłem przed sprzętem grającym. Jedną nogę zanurzyłem w muzyce między głośnikami drugą gdzieś między pytaniem czemu tak zmyślam i długie weekendy wymyślam, a zdumieniem faktem, że jakby żyć pięć razy dłużej to średnio jeden rok przypadałby na celebrowanie urodzin. A że do tego daleko trzeba te urodziny, te małe święta, niespodziewane długie weekendy rozmnażać samodzielnie. Zgodnie z prawem lub też niezupełnie, kłamiąc w oczy pracodawcy, albo i nie. A gdy czas wolny był już aktywnie wymyślony, nieodwołalnie ustanowiony nieprzyjemnym telefonem, wcielony w życie niezłomną wolą laby, nie robił nic innego tylko zaczynał od razu upływać, który to upływ stawał się przyczyną kolejnej, tykającej jak bomba, cywilizacyjnej nerwicy. Ale o tym już w opowiadaniu SF zatytułowanym „Niedziela, 17.20”

Kiedy wstałem od telewizora po dziesięciu godzinach gry chciało mi się zwyczajnie rzygać. Pijąc piwo napisałem słowa na samoprzylepnej żółtej karteczce. W sobotę rano już z czystym sumieniem, bo ustawowo wszystkim dany był wreszcie dzień wolny zacząłem na chybił trafił pisać kawałek prozy by osadzić w niej słowa. Gdy skończyłem parę dni później okazało się, że post-it z poetyckim tworem zniknął. Jasne było, że jak się znajdzie za kilka tygodni straci całą swoją moc. Zacząłem go zatem z trudem rekonstruować. Szło jak po grudzie.

Piątek trzynastego

Chyba obejrzymy w sobotę,

Bo wierzymy we wszystko i w nic.

Odkrywszy pleśń

Na dnie pociągu do kawy, pytam się was

Co jeszcze toczy

Mury tego świata,

Bohaterowie i wynalazcy małych czasów?

Ważne by zaśpiewać tutaj za klasykiem: This is just a tribute… Bezużyteczny tytuł, po angielsku zresztą, który nadałem polskim słowom pamiętałem doskonale. Hard arm of totality. Ale co komu po samym tytule gdy brak oryginalnej treści? Zostało przydługie rojenie na chybił trafił.

21:30, kfiatol
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 października 2009
Czytanie z księgi reinkarnacji - Island of many shipwrecks

32

Jak tylko umarłem od razu mi ulżyło. Kamień spadł z serca, że jednak coś jest po drugiej stronie. Nie było żadnego momentu żalu czy czegoś w podobnym guście. Myśl o tym by nawiązać kontakt ze światem żywych byłaby normalnie moją pierwszą, ale jakoś nie dało się. Nie dlatego, że nie było to wykonalne lecz bardziej z powodu faktu, iż stałem się kimś innym, kimś już nie zainteresowanym. Myślałem przez chwilę, żeby użyć domofonu by lojalnie dać bliskim, na drugim piętrze, znać co i jak, ale jak tylko zabił mnie sąsiad z psem stojący koło windy coś zaczęło się we mnie dziać, zmieniać, i osobliwie było doświadczać tej zmiany, ale nade wszystko dziwnie było nagle nie chcieć sięgnąć po najbliższy mi dostępny środek komunikacji, którego skrzeczący głośnik słychać było nieopodal drzwi. Czemu? Bo wydał się naraz narzędziem białego szumu, narzędziem nieprzebywalnego eteru. I to bardziej wydał niż był, ale to w pełni wystarczyło. Kiedy facet z psem, wyglądającym jak brudna szmata na smyczy, zabił mnie ciosem saperki w tył głowy i już zdechły zjechałem po schodach z półpiętra, jak trup, byłem martwy na perspektywę kontaktu. Bo jednocześnie byłem, jakby troszeczkę urodzony właśnie przez półpiętro do czegoś nowego. Innymi słowy rodząc się w środku lat siedemdziesiątych, jakże minionych, umarłem dokładnie w tym samym momencie gdzie indziej i tamże byłem opłakiwany przez obcych-bliskich. Bez żalu, jak powiedziałem wcześniej, nonszalancko odrzuciłem poprzednie życie i łapczywie rzuciłem się na zaświaty zapominając o tych dla których cynk ode mnie byłby tak cenny. Trochę jak ślepe pisklę na robaka, byle do przodu dziobałem. A zaświaty składały się z wielkiego targowiska, rynku ciasnego od interesującej menażerii i skomplikowanej a niebezpiecznej starówki, chaotycznego, brudnego i brzydkiego labiryntu wąskich uliczek. Tak przynajmniej identyfikował je mój dziób. Wszystko powiedzmy oględnie dość popieprzone, bywalcy środowego targowiska wraz z inwentarzem mieszali się z kwiatem młodzieży epoki grunge świętującym dzień wagarowicza pod Trzema Krzyżami i pokładającym się na krowach, w spazmach śmiechu spowodowanych przez trawkę; do tego pokolenie Kolumbów, kierowcy polonezów w czapkach krakowskich z pawim piórem, a całość topiła się  w gęstym sosie z czarnej masy, pogromów żydowskich, wczesnego średniowiecza tudzież rabacji galicyjskiej. Kolorowi emigranci i tu już dotarli. Nad wszystkim dominowała wyraźnie wyczuwalna i fikuśna nuta emocjonalnego chłodu pokolenia Second Life. Przynajmniej takie było pierwsze wrażenie, które tu zawsze pozostawało jedynym. Ostatecznie rynek w zaświatach opuszało się zawsze jako ktoś inny. Teraz może jest dobry moment żeby uspokajająco powiedzieć, że rzeczywistość zaświatów wypełnia głębokie i towarzyszące wszystkiemu uczucie pogodnej ironii, chyba niezbędne w zmechanizowanej kuźni ektoplazmy. Będąc człowiekiem inteligentnym niejednokrotnie poświęcałem swoją uwagę i medytacje istotom niższego rzędu w tym ludziom ubogim na umyśle. Jak to jest być głupim? – zadawałem sobie pytanie. – Jak to jest być tak nieodwracalnie skrzywdzonym przez życie idiotą? O ile perspektywa stania się kimś innym sama w sobie budzi zrozumiały sprzeciw, jak śmierć, o tyle stanie się kimś kim nie chciałoby się być jest gwałtem i zabójstwem. A ja z rynku wyszedłem jako totalny debil. I w okresie odpowiadającym średniej długości ludzkiego życia miałem się codziennie przekonywać na własnym tyłku jak to jest. Więc jak to było? Trudno powiedzieć, bo bycie debilem nie jest stanem pozwalającym kontaktować się na linii zmarli – żywi (ale wielokrotnie już martwi gdzie indziej). Kondycja debila nie zostawiała miejsca na wiedzę o życiu po życiu. Ale na pewno stan debilizmu wydawał się jakoś doskonały. Z czasem, pośród majestatycznego uczucia królowania na swoich kilku metrach kwadratowych świata, jak jakiś imbecyl, zdecydowałem się na zakup psa o wyglądzie brudnej szmaty. Kiedy w przedpokoju piszczał brzydki szczeniak ja w lustrze wciąż widziałem tępą twarz zdolną do przeżywania naprawdę wzniosłych uczuć, ale głównie robienia głupich min. Widziałem tępą twarz, ale jakbym jej nie widział jednocześnie. Moja twarz. Chwaliłem sobie swój stan, cholera! Twarz i resztę. Stwierdziłem, że dobrze jest, jak jest, że było bynajmniej panie dość beztrosko, że byłem lepszy od tych, których życie wymierzone jest plastikową 30cm linijką obiektywizmu, ambicji stąd do nieba, których zasrane życie było jak uczenie się na pamięć niekończącego się wierszyska wieszcza, ćwiczenie pasaży czy skakanie przez skrzynię na wuefie. Zamiast tego przyjemne poczucie pewności siebie w świecie rządzonym przez logikę niskiego IQ, którego inteligentny i wrażliwy nie zdolny jest zaznać, na pewno nie na trzeźwo. Zdarzała się oczywiście i lipa. I nie wiadomo czasem dlaczego poszło aż tak źle, jak poszło, bo głupoty jako takiej przecież nie wyodrębniamy jako czynnika sprawczego. A człowiek mógł przecież spokojnie oglądać Animal Planet zamiast dawać dupy. Jak wówczas kiedy uderzyłem saperką w łeb mijającego mnie sąsiada. I patrzyłem jak leży na parterze z ciemną, powiększającą się aureolą, upadły święty. I mówiłem: nigdy nie pasował do naszego bloku. Ale nawet wtedy gdy było dennie, wiedziałem swoje i to również, że nie należy bagatelizować 73 lat życia w głupocie, bo prowadzi ono do osiągnięcia unikalnego poziomu wglądu, konkluzji w rodzaju: dobrze że nie skończyłem jako anioł, ten panie ma przejebane. Z drugiej strony jakimś demonem mógłby się człowiek urodzić. To by się pożyło. Za i za-zaświaty pełne były ciepłej ironii losu. Niekiedy transmigracja tak zwanej duszy pozwalała na zaistnienie. Również zaistnienie syndromu pulp fiction. Ale, co zrozumiałe, głównie na potrzeby filmu. Dlatego możliwe jest, że miłośnik zwierząt, świetnie miotający ostrymi przedmiotami odejdzie ku wieczności po to by być brudną szmatą na swojej smyczy albo dorodną pelargonią na balkonie własnej nieżyjącej jeszcze wnuczki-babci, gdy dopełni się czas. Może i będzie próbował umierając, w żałości za minionym, zabrać ze sobą zakazaną wiedzę, przemycić bagaż samego siebie pełnego ważkich treści w rodzaju: po kiego skakać przez skrzynię czy konia jak człowiekowi jaja miłe, nie? Ale na darmo, umieranie zawsze jest ulgą totalną, a z rynku nie wynosi się starych powiedzonek.

C.D.

Dokonawszy żywota, we własnym łóżku pośród gromadki kochających dzieci i głupcząt, prześliznął się znowu leniwie, z obowiązkowym przystankiem na rynku, do świata, gdzie Bóg już się objawił ludziom za pośrednictwem dużego podmiotu gospodarczego i gdzie nie opłacało się nie przestrzegać przykazań, ale też już nie trzeba było wierzyć. Sprytne, sprytne, powtarzał tylko. Bóg wyizolowany wreszcie, zdemaskowany do granicy namacalności, uwięziony w korporacyjnych strukturach i zmuszony wreszcie do mówienia, w ramach mnogości różnego rodzaju abonamentów, milczał na temat reinkarnacji. Jako teolog, z młodzieńczym doświadczeniem słyszenia głosów, wykupił pakiet Premium. To czy ludzie wciąż czuli ulgę przepoczwarzając się na cynamonowym targu było kwestią tak zwanego międzyczasu, którego nie należy mieszać z czasem. Intuicyjna w wielu kulturach wiedza o wędrówce dusz powracała w postaci niewielkiej ale ekspansywnej sekty wyznawców Inkarnetu. Nie wiedzieć czemu, może to kwestia telewizyjnych seriali, ale ciąg dalszy wydawał się nieodzowny. Mimo to Bóg nadal nie chciał się przedstawić, co samo w sobie przecięło by wiele ważkich spekulacji.

11:57, kfiatol
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 września 2009
Zeszyt trzydziestodwukartkowy - Island of many shipwrecks

31

Posiadał wielki wrodzony optymizm. Tak wielki jak nie przymierzając Przylądek Dobrej Nadziei w sezonie sztormów. Był naładowany dodatnio. I mimo, że w pracy na budowie zajmował się sprzątaniem kibli, miał odwagę marzyć śmiele i myśli swej wzbijać wysoko się pozwalał. Uparcie, w chwilach wzbierającego przylądkowego optymizmu, wracał więc do swoich zeszytów, których zawsze pod ręką miał zapas i siadał nieraz natchniony, i mimo, że do pracy na wcześnie było, noc całą pisząc opowiadania, wiersze i powieści spędzał. Tak spełniony zasypiał na dwie godziny z głową na kuchennym stole by następnie powłócząc safety boots iść do pracy, na czole mając odbity guzik z mankietu koszuli. W ten sposób w tekturę świata starał się tchnąć trochę ducha.

I kiedy tego popołudnia zasiadł przed trzydziestodwukartkowym zeszytem w linie postanowił zrobić coś wreszcie wielkiego. O ile odpowiednią objętość literackiego dzieła zawsze uważał za kluczową, o tyle teraz postanowił, że jeśli jest coś wart, zmieści to wszystko, co trzeba na regulaminowych trzydziestu dwóch stronach, tej nocy. A rano włoży do koperty i resztę zostawi światu. Przecież często tak jest, że mówi się: napisał to opowiadanie w kilka godzin, albo napisał ową powieść w tydzień, pijąc po 15 piw dziennie i odsypiając do 17stej, a pod oczami worków dorobił się takich, że cud że mu się młode torbacze nie zalęgły.

Nie była to spektakularna chwila olśnienia, zrozumiał to po cichu, naturalnie, samo przyszło do głowy, w zasadzie przypomniało się i zostało – uświadomione. Problemem było to, że nie pisał o tym, co było mu bliskie. A tak właśnie trzeba – jak zasłyszał w telewizji dawno temu. Pisał bowiem nasz kiblomyj science fiction. Eksplorował zakamarki przyszłości i wszechświata. Pisał zwykle jakie to straszne, pozbawione człowieczeństwa miejsce, ta przyszłość podstępna. Często w swej twórczości używał przymiotnika odhumanizowany. Po co on tyle jednak pisał science fiction? Ani to łatwe ani oryginalne. I czy na tym nie znają się wszyscy? - Ołówek między jego brudnymi palcami był jak metronom, który wyznacza coraz szybszy rytm. Zeszyt pachniał nowością. - Każdy może się znać na science fiction jeśli tylko będzie miał pięć minut wolnego czasu i chęć. Zrozumiał, że musi być szczery względem siebie. Science fiction nie było szczere względem niego. Science fiction było Szatanem mamiącym, że gdzieś daleko są wielowymiarowe dziedziny twórczego urodzaju galaktyki szczęśliwości, czarne dziury metafory, które w istocie pozwolą mu odnosić się do tu i teraz z piekła antyutopii o lata świetlne stad. Kusząc science fiction odciągało go od siebie samego. Science fiction zawiodło i musiało odejść. Na szczęście wiedział już co robić więc zaczął. Zaczął od siebie, ale tak, że niby to o kimś innym. Podstępnie nadał mu inne imię i nieznacznie zmienił narodowość. - Na przykład Mikuláš.

„Jak tylko po raz pierwszy przyjechał do Malahide z krótką wizytą...” źle. U Dicka każda powieść zaczyna się nazwiskiem bohatera. Ale Dick to science fiction. Trudno. „Jak tylko Mikuláš po raz pierwszy przyjechał do Malahide - wtedy mieszkał jeszcze gdzie indziej - skierował najpierw swe kroki do monopolowego po piwo, w cenie euro za puszkę. Ówcześnie nie znał tutaj tańszego piwa. Zresztą jakby nie liczyć okazja. A zaraz potem, tak niezręcznie wyszło, poszedł prosto do banku, jedynego w promieniu mil, który był otwarty w sobotę, załatwiać sprawę z kartą do bankomatu. Przyszło mu smakować porutę, bo trzymał w rękach przed sobą zgrzewkę bardzo taniego browara, jak z panią z banku gadał. Wtedy właśnie pomyślał sobie, usadzony przez tę Irlandkę, na kolorowych nieprawdziwych mebelkach z widokiem na Main Street, o tym, że zaraz po przyjeździe do Irlandii zaskoczyła go, o naiwności, ilość samochodów na ulicach. Nie dlatego, że tam, skąd pochodził było ich mało. Po prostu Mikuláš nie rozumiał po co ludziom samochody na wyspie. Dlaczego miałby ktoś chcieć wydawać pieniądze na auto kiedy nie może nim dobrze przejechać się w dłuższą trasę do Włoch, czy do Amsterdamu. Zbytek. Tutaj przecież każdą drogę kończy linia morza. Istnienie promów nie rozwiewało wątpliwości, ale umacniało je. Skonstatował szybko, że czasami człowiekowi samochód jest potrzebny by poruszać się na jednej trasie całe życie. Dom – restauracja rybna nad morzem – dom. I tak w każdy weekend po prywatnej linii autobusowej numer jeden. Z drugiej strony możesz mieszkać na kontynencie, ale pozostawać na mentalnej wyspie, której granice wyznaczasz w swojej głowie. Świadomie lub nie. Całe, życie w pewnej wsi koło Medzilaborców, Bratysławę znając tylko z telewizji. Jak L.A. Albo sprzedajesz oscypki w Starym Smokowcu, a w życiu na Łomnicy nie byłeś, albo nigdy do samolotu nie wsiadłeś, bo przecież grawitacja. Brzeg wyspy niektórzy ustalają sobie na Wagu i Dunaju. Więc zamieszkujemy archipelagi własnych wysp bezpieczeństwa, ukryci za wodą, za fosą i uwielbiamy samochody.”

Tak, to mu się podobało. To brzmiało wreszcie poważnie. Nie to co stara pieśń: „Trapy cumownicze statku Xenolan zostały opuszczone i wojownicy o emanujących seledynowym radioaktywnym światłem oczach przystąpili do wściekłego abordażu w poszukiwaniu promieniotwórczych bananów z Plutona, bowiem ich baterie były na wyczerpaniu, a towarzyszące temu uczucie ssania nieznośne” Właśnie dlatego, że na ekspansji Xenolan znali się wszyscy nikt nie był prawdziwym ekspertem. Ale, ale! Nie przerywajmy. Bo jak już czujesz, że zaczynasz się na czymś znać to kuj żelazo, znaj się i nie przestawaj.

„Kiedy był w Malahide, żeby już zamieszkać tam i po raz pierwszy przekroczył Mikuláš granicę poznawalnego, którą onegdaj wyznaczył swoim spacerem ze zgrzewką hollandii w rękach, pomyślał o Ferdynandzie Magellanie. A w zasadzie o jego nieopłynięciu świata dookoła. To pewnie łodzie w marinie podskakujące na drobnej fali tak podnieciły wyobraźnię. Szukając właściwego współczesnego porównania dla tego co zrobił Ferdynand pomyślał o radzieckich i amerykańskich kosmonautach i o ich gwałtownych spotkaniach z dzikimi Xenolanami.” Źle, Xenolan i Ruskich wykreślić. „Przecież do dziś ludzie morza, choćby kapitan promu uwięzionego na nitce stałej trasy, cieszą się respektem i specjalnym statusem. Za Magellana była również grupa nadludzi, co wody przybrzeżne przemierzała, znikała za horyzontem i zza horyzontu się wyłaniała, co potwory morskie widziała, co przynosiła niestworzone opowieści. Z nich rekrutowali się śmiałkowie, ludzie którzy odważyli się ruszyć ku nieznanemu, by zobaczyć ląd na horyzoncie. W czasach gdy pielgrzymka do najbliższego sanktuarium uchodziła za poważne ryzyko dla życia, i w środku lasu stawiano kapliczki dla strwożonych, oni przemierzali jej kulistość Ziemię.

Osiedle, na którym w desperacji wynajęli mieszkanie, tak później docenione, wydawało się jednak cholernie daleko od centrum miasteczka, od stacji kolejowej, od sklepów, gdzieś niemal za krzywizną ziemi, krzywizną sceny. Wydawało się co najmniej niefortunnie położone. Jednego czego nie można mu było odmówić była bliskość morza. Gdyby nie fakt, że jedyne o czym myślał to posiadanie bezpiecznego dachu nad głową, bo był nieznośnie zimny i deszczowy grudzień, pewnie doceniłby widok na wyspę, na psychiatryk w Portrane, na Ireland's Eye, na Howth, na jedną z piękniejszych panoram wschodniego wybrzeża.

Po drodze tam, przyglądał się dziwnej wieży, którą trochę na wyrost nazwał wampirycznie transylwańską. Żart scenografa? Niby Bram Stoker był Irlandczykiem, ale jednak żart. Zawsze przyciągała wzrok, nie do zignorowania i jakaś nierealna. Sympatyczna może dlatego, że była na wysokości 2/3 całego dystansu do domu, czyli już prawie, prawie. Pokryta stożkowatym dachem z dachówki była zaadoptowaną wieżą Martello, których to na wybrzeżu spokojnego oceanu Morza Irlandzkiego jest bez liku. Warowne i groźne miały mówić Napoleonowi: wyspa jest nasza: zmieniaj sobie organizację ruchu na prawostronną tam w Europie, ale wara ci od wyspy. Nie chcemy jeździć do Włoch czy Amsterdamu. Tu sobie będziemy jeździć naszymi samochodami.”

Tej nocy zapomniał o piciu taniego napoju energetyzującego z tanią wódką i nie miał nawet czasu by dumać, nad tym, że ociężałego umysłu nie uskrzydli zawartość żadnej puszki i że wiedziona przez przychylną muzę wyobraźnia nie potrzebuje podniety landrynkową ambrozją.

„Mikuláš leżał na plaży, kontemplując fakt, że szczyt wyspiarskiego lata zdaje się przypadł rzeczywiście w środę, ale myśląc jednocześnie, że wciąż było jakby ciepławo. Dokoła było niemal bezludnie. Facet z psem na mieliźnie, którą odsłoniło cofające się morze wyglądał jak Liliput. Podobnie ludziki po prawej grające we frisby. Ręką zbadał czy aby nie jest przytwierdzony do wydmy pajęczyną lin i zasnął rozbawiony myślą, że otacza go tłum rozsierdzonych sprytnych ludzików. Najpierw śnił o ułudzie matematyki, co naturalnie przeszło w oniryczne rozważania o doniosłości budowy gałki ocznej dla ludzkiej filozofii, czyli dość standardowo, jak co noc. Później przyszła burza. Jego statek, jeden z armady Magellana, rozbił się o skały i morze wyrzuciło go na brzeg jako jedynego ocalałego. Kiedy się ocknął okazało się, że krążył nad nim miniaturowy helikopter straży przybrzeżnej, który strzelał bolesnymi ale ledwie widocznymi strzałkami. Uciekając dojrzał w domku dla lalek koło plaży, w jakże śmiesznie miniaturowym stucalowym telewizorze plazmowym wiadomości pokazujące, jak on sam wyrwał się z okowów i dosłyszał piskliwe komentarze, o kolejnym, najprawdopodobniej chorym albo zdezorientowanym emigrancie olbrzymim, którego na brzeg wyrzuciło morze. Mikuláš zrozumiał, że na razie będzie musiał ukrywać się w górach, a potem jakoś dyskretnie spróbuje znaleźć sobie niepozorną pracę. Ale czy jakikolwiek las w tym kraju będzie w stanie ukryć takiego giganta przed wszędobylskimi helikopterami? O tak, nie był przecież pierwszy. Kiedy na dobre zakończył się rapid eye movement ujrzał nad sobą wielki łeb i żółte zęby w paszczy. Poderwał się jak oparzony. Podczas kiedy jeden z jeźdźców pomagał drugiemu, jego własny wierzchowiec począł sobie skubać trawkę na popularnej wydmie i omal nie pożarł jego wąsów i bródki. Koń zarżał dziwnie, zabrzmiało to trochę jakby coś powiedział, ale Mikuláš nie zrozumiał go z powodu akcentu. Zdał sobie sprawę za to, że przyśnił sobie nie swój sen, ale jakiś cudzy, porzucony stary sen w zmodernizowanej wersji i ucieszył się Mikuláš, że to dziwne uczucie bycia w tarapatach nie należy do niego choć jego echo jeszcze w sobie wyczuwał.”

„Ach, te dziwne zbiegi okoliczności! Myślisz o kimś i zaraz spotykasz go na ulicy, notujesz nowe słówko w obcym języku i od razu słyszysz je kilka razy w oglądanym w piątek filmie. Naraz cały świat zaczyna mówić na temat, który zwrócił przypadkiem twoją uwagę. Jakby nie było innych tematów. Radio, telewizja robią od razu korespondującą audycje, książka otwiera się na właściwej stronie. Tego popołudnia w telewizji obejrzał film dokumentalny o Jonathanie Swifcie, autorze Podróży Guliwera. Najpierw ten sen, zaraz później film. System działał dobrze, niezawodnie, pierwszy stopień zasilania. Mikuláš zaczął się zastanawiać czy to możliwe, że w czasach takiego Magellana czy nawet Swifta ludzie chodzili na plażę w celach rekreacyjnych, tak dla przyjemności, poleżeć sobie na wydmach? Osobiście uważał, że owszem”

I tak dalej kładł akapit na akapicie łącząc cegiełki niby bezładnie, ale dlatego, że pisał „prawie” o sobie, o kimś kogo znał automatycznie nabierało to doniosłego znaczenia, bo oto wyrażał najlepiej jak potrafił to co wyświetlało się na ścianie jego wewnętrznej camera obscura. Oj, pierwszy stopniu zasilania, może tym razem się uda!

„Mikuláš miał coś w rodzaju powracającego przekonania, że świat to dość wyrafinowana dekoracja. Że dookoła dzieje się jakieś wielkie radosne oszustwo nie do zakwestionowania. Że on jest ośrodkiem tego przedstawienia. Dobra, może jednym z wielu. Nie wątpił w prawdziwość swoich przyjaciół i bliskich czy ich intencje. Oni zdaje się byli oszukiwani razem z nim w celu zwiększenia wiarygodności tego kłamstwa. Chodziło o całą resztę. Chodziło o doskonałą scenografię na wielką, poszerzającą się skalę w której bez reszty chciał się zanurzyć, w którą chciał bez reszty uwierzyć.  Makieta słowackiego miasteczka potem miasta i wielu miast ,ale nie całego świata przecież. Tego nigdy nie dostanie. Ale Magellan, przechadzając się cuchnącymi uliczkami Lizbony, wciąż nowymi, nie mogąc się nadziwić wielkości i wspaniałomyślności króla Jana, który kazał stworzyć mu taki wielki świat dekorację, z czegoś w rodzaju twardego, zimnego i zasikanego papier-mâché, na pewno liczył na wszystko. Dla ludzi od scenografii zapowiedzią problemów musiał być portowy charakter miasta, przeczuwali rozmiar taraptatów. To że statek pod żaglami musiał kiedyś przestać być  rekwizytem przewidzieli. Ten moment poprzedzony był gigantyczną - mimo skromnych środków -  wycinankową pracą nazywaną projektem 'Globus'. Historię Wielkich Odkryć Geograficznych nie wyłączając przygód Guliwera należy widzieć w tym kontekście. Choć Ferdynand myślał inaczej król Jan nie podarował mu całego świata.”

Rano, myśląc o śpiących pełne osiem godzin ludziach jak o innej rasie, poczłapał na stację. Nie zapomniał rzecz jasna wrzucić podpisanego swoim nazwiskiem zeszytu do skrzynki wystawionej przed szacownym budynkiem biblioteki w Malahide. Termin przyjmowania zgłoszeń w wieloboju trzydziestodwukartkowym upływał z końcem tygodnia. Jakoś nigdy miał się nie dowiedzieć, że jego praca już od dwóch lat jest odrzucana jako nieregulaminowa, bo nie napisana po angielsku choć tego mógł się jeszcze domyślić. Nie mógł jednak wiedzieć, że za siedemdziesiąt siedem lat pewien bibliotekarz przekaże te wzgardzone zeszyty znajomemu filologowi słowiańskiemu, a ten przetłumaczy je i wyda własnym sumptem ku umiarkowanemu aplauzowi krytyków. Pogrobowy sukces to też sukces. W optymistycznym oczekiwaniu na kolejną edycję wieloboju, sławnego niczym La Tomatina w Buñol i jak ona relacjonowanego w Teleekspresie, zapełniał z lepszym skutkiem zeszyty nutowe i niestety mył kible na budowie.

23:32, kfiatol
Link Dodaj komentarz »
piątek, 31 lipca 2009
Ryby - Island of many shipwrecks

30

 

To będzie o rybach. Na rybach się nie znam i na ogół nie interesują mnie. Trochę się nimi brzydzę i wiem, że są zdrowe do jedzenia w piątek. Ryby żyją w Morskim Oku i innych akwenach wodnych, wyspach mórz, archipelagach jezior, mierzejach rzek. Żyją przytłoczone wszechobecnym, piętrzącym się lądem, wiedzą, że owa sucha nieprzystępna powierzchnia stanowi większą część powierzchni planety. Dużo większą. Mimo, że nie znam się na rybach szanuję je za ich wyrafinowaną geografię. Ryby żyją w wodzie, ale ów obcy ląd jest im niezbędny. To co jedzą to odłamki lądu bowiem. Nadgryzają go lękliwie by żyć, żują batoniki z niego zrobione. Czasem niektóre uświadamiają sobie paradoks tego, że tym lądem same są.

Nie znam się na rybach, ale wszystkie dzieci wiedzą, że jesteśmy, my ludzie, hipkami z ich fantastycznych powieści. Stworzono nas jako całkowite ich przeciwieństwo, dlatego, przez kontrast, jesteśmy dokładnie takie jak one. Żyjemy na grubych wyspach lądu upchanych między rozległe fortepiany kontynentów i lotniskowce płyt tektonicznych. Jak na stwory fantastyczne prowadzimy życie dość prozaiczne i tylko ichtiologiczny geniusz okonia elektrycznego czasami robi z nami coś ciekawszego. Częścią literackiej konwencji jest, że nam hipkom woda niezbędna jest do życia - jak rybom ląd - przeglądamy się w niej niczym ryba w grudzie torfu.

Niewiele wiem o rybach, ale podoba mi się, że cała ich myśl sprowadza się do rozważania głębokości pozornej i niepozornej głębokości. Dotyczy to zarówno zagłębiania się w otmęty wody jak i zgłębiania rozmytych znaczeń prozy. Kolejne nasze fascynujące podobieństwo. Choć to jak ryby napisały naszą filozofię musi być jakoś powiązane z tym jak one widzą świat. I to tyle. A skoro tak, skoro one piszą nasze życie, postanowiłem się odwdzięczyć na tyle na ile hipek może i złamałem zasadę by pisać tylko o tym na czym człowiek się zna.

17:53, kfiatol
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lipca 2009
Gangi Nowego Roku - Island of many shipwrecks

29

 

Pozostawanie na napisach po filmie strasznie mnie mierzi. To, że ja nie zostaję jest, co tu dużo mówić, krokiem do przodu w stosunku do reszty tak zwanej ludzkości; jest niezbędną do przetrwania przewagą nad fazą manifestacyjnego zostawania na napisach, której tak nie cierpię, która mnie by zabiła. Jestem cholernie dumny ze świadomej i ostentacyjnej ewakuacji z kina zaraz po filmie, kiedy jeszcze nie wyblakł 'koniec' na ekranie, najpóźniej na początku napisów, razem z ogólną, pozwalającą się nie wyróżniać ciżbą, - nie mylić z ludzkością - której nigdy nie przyszło by do głowy by jeszcze posiedzieć, docenić troszkę. Czyli normalnie, naturalnie, tak jak Pan Bóg w Niebiesiech przykazał ekologicznie. Z tymże oni są dwie fazy do tyłu. Mimo to zbiegam lekko po schodach kina razem z nimi.

W istocie chodzi tu o instynkt. Instynkt, wspomnianego wcześniej, przetrwania, Takie postępowe podejście budzi oczywiście nieprzychylne reakcje pośród oświeconej kinomaniackiej ludzkości, która automatycznie zalicza mnie do tych opóźnionych w rozwoju. Trudno jej zrozumieć, że ten dyskretny gest uznania dla twórców, który czynią w ciemności, cicha chwila refleksji nad 'obrazem', słone od łez i tłuste popcornowe katharsis, plastikowe wzruszenie z multipleksu przy przewijających się jeszcze napisach i dźwiękach hollywoodzkiej symfonii... - ta cała ofiara jest żałosna, jest wyrazem słabości i pomylenia, zepsucia i wywołuje u mnie mdłości. Im szczersze hołdy tym większy błąd, tym bardziej ja jestem chory. Rozpracowałem ich i nie cieszy mnie to. Na przykład to, że autorzy filmów osładzają mroczny trud kinowych płaczek pokazując w trakcie napisów te rarytaski, wycięte sceny, pocieszne wpadki aktorów na planie. Wszystko to gówno warte obrazuje tylko skalę spisku.

Najlepiej - jeśli czujesz się übermenschem jak ja - wyjść jeszcze przed końcem, bo przyznajcie sami, w większości przypadków film jest do dupy, a magia gdzieś się ulotniła. Nie ma dobrych filmów, są wycofane z produkcji, ale wciąż tkwi w nas poczucie, że czasem trzeba się w kinie pokazać by indywidualnie przekroczyć ogólnopolską średnią, w nieuprawniony sposób określaną jako opłakana. Czasem nawet jakiś film się spodoba, ale jednocześnie dręczy ta myśl, że może straciliśmy zdolność oceny tego co dobre, a co złe. W kinie. Więc rozumiem, mamy wolność by zostać dłużej, z dowolnej przyczyny. I ludzie, którzy tak wybrali łączą się w grupę. To naturalne. Nienawidzę tych, co zostają na napisach, tak jak oni tych, co wychodzą, bo nie mają dość uwagi by usiedzieć gdzieś dłużej niż zajmuje wypicie jednego browara. Nienawidzimy się, tworzymy gangi i koalicje, knujemy i budujemy alianse.

Jeszcze lepiej od natychmiastowej z kina ewakuacji jest w ogóle nie przychodzić i w domu, w samotności i ciszy ciemnej toalety się powzruszać, przeżyć wymyśloną naprędce tragedię, zanurzyć się w jej oscarowość, udzielić jakiegoś wywiadu na festiwalu w Cannes. Poleżeć w wannie z ciepłą wodą i przy wyłączonym świetle imitującym noc w Bel Air. A jeśli to horror to w zimnej dark water. Wtedy może nam do głowy przyjść myśl o tym jak opuszczając kino, teleportując się w zaśnieżone miasto nocą, kiedy byliśmy dziećmi, nieśliśmy właśnie obejrzany film wciąż ze sobą, jak za mocne okulary. Stawaliśmy się cwaniakami, kowbojami, mistrzami wschodnich sztuk walk, czarodziejami obleczonymi w czerń albo namiętnymi palaczami papierosów. Ja wciąż mam siłę być kowbojem po westernie, przez dobre dwie godziny. To mniej niż kiedyś, ale wciąż nieźle jak na gościa, który nie ćwiczy.

Nienawidzę tych, co pozostają na napisach, wszystkich hurtem i każdego z osobna, a szczególnie jednej osoby, która o tym wie. Pieprzona druga faza. Znaczy się jedna faza do tyłu za moją - pierwszą. Te indywidua nie stają się kowbojami ani nie stają się Indianami czy złodziejami. Tylko udają. Oni dyskretnie stali się prawdziwymi wrażliwcami cwaniakami. Dlatego tak ważne jest bym pozostał samotnym übermenschem, a jednocześnie unikał sytuacji niebezpiecznych w ich towarzystwie. Takich, gdy jest ciemno i mogą mnie podejść albo zadać zdradziecki cios z tylnego rzędu, kopnąć w oparcie, gady. Zatem mijam ich, depczę. Po ich stopach w ciemności się wymykam. Te za mocne okulary z filmem uwięzionym w soczewkach miały być tylko moje. Niestety jest niemała szansa, że część ludzkości czuje to samo, tak samo. A niektórzy nawet lepiej z groteskowymi okularami do trójwymiarowej projekcji wzruszeń, którym taki cyklop niezdolny jest się przyjrzeć. Wierzę, że oni opuszczają kino ze mną i kiedyś się poznamy. Anonimowi członkowie gangu trzeciej fazy, gangu Nowego Roku.

Sam nie mam nic przeciwko napisom końcowym. Prywatnie, w zaciszu domowym oglądam je pasjami wysłuchując grande finale hollywoodzkich, generowanych komputerowo ścieżek filmowych, przeglądam przewijające się linijki w poszukiwaniu polsko brzmiących nazwisk długimi minutami, czytam te wiersze.

Ale, ale, ognisko dogasa, nie widzę już co bazgrzę i czy bazgrzę jeszcze. Do połowy opróżniona puszka fasoli jest już zimna, a chłód nocy dojmujący. Gładzę nieogoloną twarz, upodabniającą mnie do bezdomnych pijaków, i powątpiewam czy koc jest dość ciepły. Ta resztka fasoli jest już całym zapasem jaki mam, ale powinna wystarczyć. Jutro dam radę dotrzeć do faktorii w dole rzeki. O ile nie dorwą mnie oni. Owijam się dobrze i momentalnie zasypiam, śniąc o zimnej nocy u boku żony. Śpię czujnie, bo jestem traperem w tarapatach.

23:56, kfiatol
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Kilka marnych zleceń - Island of many shipwrecks

28


Detektyw rozmawiał przez telefon. Siedział przy swoim komputerze w przerobionym na biuro magazynowym pomieszczeniu i pił coś mocniejszego. Z hurtowni alkoholu obok dobiegał hałas.- Bez rewelacji Krzychu. W takim średnim mieście jak nasze jest dobrze jak dostaję trzy marne zlecenia na tydzień. - Głos w słuchawce zapytał co jest nie tak.- Sam rozumiesz, w średnim mieście dzieje się nieraz mniej niż w naprawdę małym miasteczku. Jest taka prawidłowość. Średnie jest piękne, ale w złośliwy sposób. A poza tym sukinkoty z korporacji ochroniarskich coraz bardziej wchodzą mi w paradę. Już nie tylko detektywi sklepowi, inwalidzkie patrole interwencyjne czy konwoje z gotówką, ale i indywidualne zlecenia śledcze dla szerokiej publiczności. Do tej pory indywidualne zlecenia śledcze – czytaj: podglądanie niewiernych żon i mężów - to była tylko moja posępna działka. A teraz ponadnarodowe firmy mi tu chałturzą pod nosem. - Głos w słuchawce posądził detektywa o to, że nie ma serca do tej roboty i może jak spędza godziny przed przestarzałym, przyprawiającym o oczopląs czarno-zielonym monitorem pisząc swoje traktaty to może powinien wybrać pełnoetatową rentę i pójść na całość. - Może i racja Krzychu. Ale wiesz, nie przejmuję się. Idzie weekend. - Głos zachrypiał coś o tym, że to bez różnicy skoro nie ma ruchu. - Idzie weekend, a poza tym czym tu się przejmować? Jeżeli jest jak ustaliłem, że przy tych postępach wiedzy i technologii ludzka biologia zostanie rozłożona na czynniki pierwsze za dwadzieścia siedem lat i jesteśmy u progu nieśmiertelności to czym tu sobie głowę zawracać? - Głos w słuchawce zbeształ ludzką zarozumiałość i manipulowanie genami. - Nie, no Krzychu, nie mówię, że wszystko pojąłem. Wystarczy, że przez chwilę zastanowię się jak wygląda kres przestrzeni. Bo, weźmy niebo, nasza galaktyka, inne galaktyki, kałuża, jezioro, ocean galaktyk i nagle jego kres. Ściana, dno? Jesteśmy w środku ziarenka piachu? Brrr! Jak o tym myślę ciarki mnie przechodzą. Gdy to dociera do mnie widzę jak ograniczoną mamy zdolność percepcji, my ludzkie robaczki. Ale widzisz, na tle tej nieskończoności, której mój umysł nie pojmuje biologia składa się z gigantycznej, ale ograniczonej liczby zagadnień, z którymi uporanie jest jak najbardziej w naszym zasięgu. A człowiek to biologia. Świadoma siebie biologia. Zatem, co ja mam się martwić jak jesteśmy u progu nieśmiertelności. Pełny zestaw książek pod wspólnym tytułem: „Człowiek – instrukcja użytkownika. Dzieła kompletne” już wkrótce. - Głos zauważył, że to mogą być jeszcze tysiące lat. - Jasne stary, mogą. Z tymże możemy już sobie robić nieśmiałe przymiarki. Czy to nie ekscytujące?! Skala od tysiąca do dwudziestu siedmiu lat to już jest pewne zawężenie w ludzkiej historii. Nasze mrowisko wytrzyma jeszcze chwilkę. A jeśli to dobrodziejstwo jest gdzieś poza moim indywidualnym horyzontem czasowym to sama myśl o nim daje mi jakąś satysfakcję. - Tu detektyw spojrzał na pannę Julcię piszącą coś z uwagą na elektrycznej maszynie. - Jeśli natomiast załapiemy się na przełom to już zupełnie nie ma się co łamać. Nieśmiertelność! Zresztą, pracuje teraz nad czymś i moje wstępne ustalenia są rewolucyjne. Myślisz, że czas to jest taki wymiar rzeczywistości, który rozwija się z naszym indywidualnym poczuciem teraźniejszości? To by było niezwykłe, przyznasz. Niezwykła synchronizacja zegarków. - Głos w słuchawce zacharczał sceptycznie. - Krzychu, dzięki za telefon. Nawet nie wiesz jak cenię twoją szczerość. Wiele wnosi. Jak tam handel pomidorami? Jeszcze nie sezon? A ja myślałem, że teraz to cały rok. Nieśmiertelność widzisz będzie schodzić przez cały rok. Ja wiem, że na początku może nie wszystkich będzie stać, ale w przyszłości stanie się kołem napędowym gospodarki jak dziś budownictwo czy przemysł motoryzacyjny. Z czasem prawo by żyć wiecznie będzie jednym z podstawowych praw człowieka. -


Panno Julciu kochana. Proszę się zbierać do domu. Jest piątek. - Ale dopiero trzynasta. - Mam wrażenie, że sam też dam radę na posterunku. - Jest pan boski. A w ogóle jak pan ocenia interesy? Gołym okiem widać, że za wiele się nie dzieje. - O, nie! Nie jest źle. Niektóre zlecenia wyglądają niepozornie ale zaufaj mi, to smakowite kąski, finansowo. Zostaw mi martwienie się o pieniądze słonko. Wiedz tyle, w najbliższym czasie twoja posada jest niezagrożona. Zresztą, w dowód uznania przyjmij ten banknot stuzłotowy i kup sobie jakiś drobiazg w sobotę. - Czy jest pan naprawdę pewien, że nie lepiej by pan wyszedł na znalezieniu wydawcy na pańskie wspaniałe traktaty, zamiast tracić czas na takie zajęcie. Marnuje się pan.- Panno Julciu. A jak pani myśli po co ja tu tkwię? Nie kapuje pani? - Nie. Nie! Nie ma mowy! - Ależ tak! Jestem tu, bo potrzebuje doświadczeń, potrzebuję dotknąć prawdziwego życia. Dla mnie te dwa marne zlecenia z tego tygodnia są naprawdę ważne. Zresztą czy życie nie jest detektywistyczną zagadką? Na końcu wszystko się wyjaśnia. Hejże, proszę już lecieć. - Sprawiło mu niekłamaną przyjemność patrzenie jak jeszcze przez prawie pół godziny wybierała się do domu, jakby wstydziła się wyjść tak wcześnie. Podlała nawet kwiatki, które przy tej okazji spostrzegł po raz pierwszy. Kiedy wyszła rozmyślał chwilę o tym jak ustalał, że na pewno nie ma narzeczonego. Zrobiło mu się smutno. Później było kilka głuchych telefonów i jeden dziwny, który detektyw odebrał.


Tymczasem w tym samym średnich rozmiarów mieście, ale drobny tysiąc lat później zespół pod kierunkiem profesora Zet Iksaleksandra próbował nawiązać kontakt z przeszłością. Piszę 'próbował' bo ja sam, znajduję się obecnie następne drobne tysiąc lat po tym fakcie. Profesor był poważnie rozczarowany wynikiem swoich ostatnich poczynań. Tradycyjnie prace nad podróżami w czasie nakierowane były na to by skontaktować się z Mędrcem. Nie wybrano Homera, Jezusa czy Jerzego Waszyngtona. Tradycja nakazywała coś w rodzaju wyścigu by z autorem Traktatów się skomunikować. Zresztą kto by nie chciał pogadać z Mędrcem? Wielomilionowy grant profesora opierał się na sprytnym pomyśle, by wysłać mu maila dodając do końcówki adresu poczty elektronicznej sufiks -ed, nadający formę czasu przeszłego regularnym czasownikom angielskim. Szereg podjętych prób nie zakończył się otrzymaniem potwierdzenia odbioru. Czasami, w chwilach poznawczej rozterki wątpili czy Mędrzec wiedział czym jest internet i czy sprawdzał swoją skrzynkę.


Nagle stanął przed nim adiunkt Andrzej MingHo. Jego uniwersytecki uniform był nieskazitelny; o antypatycznej dziobatej twarzy nie można było tego powiedzieć. Wyglądał brzydko jak wszyscy urodzeni nieśmiertelni - sprawiał wrażenie krążącego sępa. - Zdecydowałem, że spróbujemy twojego alternatywnego sposobu Andrzeju. MingHo był specem od środków komunikacji i jako znawca zaproponował żeby, jak to się wyraził, zatelefonowć. Był przekonany, że są w stanie wykonać telefon do przeszłości bazując na zasobach zbiorczego systemu teleinformacyjnego zwanego kiedyś wszechpajęczyną. Tu uprzedzam, dla laika nawet w tak odległej przyszłości jak nasza próba zrozumienia istoty zadania jest trudna. To nie jest kwestia wiedzy ani nawet talentu w jej użyciu. To kwestia geniuszu Andrzeja MingHo. Objawiającego się też tym, że twórczo traktował zasady naukowej etyki. Swoją interwencją w dzieje początkowo naraził się na potępienie. W czasach, w których żyję doceniamy jego wielkość.


Szóstego dnia prób MingHo będąc pewny, że wreszcie musi się udać pozostał w laboratorium dłużej planując uciąć sobie z Mędrcem pogawędkę bez świadków. - Jak to było? Kierunkowy 81... - Niektórzy uważają, że już wtedy MingHo wyliczył przyszłe istnienie Zarządu Czasoprzestrzeni, wyliczył zagrożenie jakie istniało i wyliczył misję jaką otrzymał od Zarządu, którego jeszcze nie było. Inni sądzą, że nic nie wyliczył, ale sam przez setki lat stwarzał taką rzeczywistość by naprawić swoje nadużycie.


- Hm, nie nazwałbym się może od razu mędrcem. Ale jestem detektywem. W czym mogę pomóc? - To raczej ja dzwonię z formą pomocy detektywie. - Łał! Informator? - Tak, jestem pańskim informatorem. Pańską wtyką. - A co to za informacja? - Dotyczy najważniejszej rzeczy na świecie. - …? - Co jest dla pana najważniejsze detektywie? Nie mówię tu o pana preferencjach politycznych czy pokoju na świecie. Pan nad czymś pracuje? - Tak, dostałem kilka dziwnych zleceń mailem. - Ja nie o tym, co do pana wypisuje Iksaleksander. Pan pisze traktaty, prawda? - Tak. - Nawet nie wie pan jak się cieszę na pańskie słowa. Wyliczył pan, że ludzkość osiągnie nieśmiertelność za 27 lat. - Skąd pan wie? Od Krzycha, tego zgniłka pomidorowego? - Znam pana prace. To klasyka. - Intrygujące. Jak godność? - Andrzej MingHo. Dzwonię z roku 3009 i mam dla pana dwie wiadomości. Obie, w stopniu rosnącym, dobre. - Zamieniam się w słuch. - Jeśli pan nie zwątpi i przestanie regularnie zaopatrywać się w hurtowni alkoholu ludzkość osiągnie nieśmiertelność za 27 lat, tak jak pan przewidział. Jednak zależy to wyłącznie od pana. Musi pan pisać, musi pan propagować idee i zapalać umysły naukowców, medyków, polityków. Już za rok wszyscy mają wymagać od swoich reprezentantów w parlamentach, radach powiatów i sołectw by uczeni ukończyli wielkie „Człowiek – instrukcja użytkownika. Dzieła kompletne”. Powiem tyle, komuś – i są to firmy farmaceutyczne - zależy by księga nie ujrzała światła dziennego. - Panie Andrzeju czy pańska nieśmiertelność jest w jakiś sposób uzależniona ode mnie? - Niezupełnie; ja tu istnieję i jestem nieśmiertelny. - Krzychu to ty? Aleś mnie... - Nie! Na imię mi Andrzej. Musimy się streszczać. Idzie o pana. Żeby to wszystko miało sens, nieśmiertelność musi być... jak to pan ujął: „w pańskim horyzoncie czasowym”. Dobra wiadomość jest taka, że ona jest w pana horyzoncie czasowym. Nawet nie o to chodzi, że pan dożyje momentu, w którym Terapia zostanie opracowana i zażyje pan jej dobrodziejstw. Żeby to miało sens niezbędne jest podróżowanie w czasie i dystrybucja nieśmiertelności. Jeśli to się udało, a wyliczyłem, że tak to pan już jest nieśmiertelny. I nie tak jak pisarz czy ktoś bliski we wdzięcznej pamięci. To można streścić w zdaniu: dopóki jest pan świadom dopóty jest pan nieśmiertelny. - Co dzieje się kiedy moja świadomość zanika w wyniku śmierci? - Nic takiego nie następuje. Obróbka jakiej zostali poddani wszyscy ludzkie jacy kiedykolwiek żyli sprawia, że fizyczna śmierć została wyeliminowana. Czuwa nad tym Zarząd Czasoprzestrzeni. Pan sam słusznie zauważył, że poczucie teraźniejszości i bieg czasu wcale nie muszą się pokrywać. Zacytuję: „byłaby to dziwna synchronizacja zegarków fizycznych i biologicznych”. Po co komu nieśmiertelność jeśli nie jest jej świadomy, a przekonany jest o śmiertelności. Pan musi mówić, że życie to nie statystyczne 75 lat. Życie to warstwy, w których struktury poziome bez końca można się zagłębiać. - Ale ludzie giną w wypadkach lotniczych, ich ciała poddawane są sekcji. - Tak. Ale to zwykła wizualna niedoskonałość systemu. - Potrzebny mi dowód. - Dobrze, w końcu jestem informatorem. Pana najnowszy traktat będzie mieć tytuł „Przeszłość przyszłości”. Pan wymyśli ten zwrot i już Zarządu Czasoprzestrzeni w tym głowa, żeby umieścić to na pewnym zabytkowym budynku w pana średnim mieście. Pan wymyśli ten zwrot i z przeszłości przekaże go do jeszcze głębszej przeszłości za pośrednictwem przyszłości. - Ale to JUŻ jest na zabytkowym budynku! - Bingo! A pan JUŻ jest nieśmiertelny! - To słaby dowód na kontakty w czasie. - Słaby? Skoro nieśmiertelność jest kwestią czasu a pan ma dowód na w nim kontakty to co stoi na przeszkodzie by nieśmiertelność szerzyć wstecz, w przód a nawet w bok? Trochę wiary w Zarząd Czasoprzestrzeni. - Jeszcze jedno, gdzie mogę spotkać zmarłego wujka? - Zadałem sobie to samo pytanie. Gdzie spotkać zmarłego pana? Nie mogąc znaleźć innego sposobu zadzwoniłem. Wyliczyłem też, że niezadługo Z.C. uruchomi program wideoportacji. Z fantomową postacią bliskiej osoby z innego czasu będzie można nie tylko porozmawiać, ona będzie w pomieszczeniu na wyciągnięcie ręki. - Taki duch? To bez rewelacji. - Nie interesuje pana druga dobra wiadomość? Panna Julcia po cichu się w panu podkochuje.


- Jest tak Krzychu, jesteśmy nieśmiertelni już teraz choć nieśmiertelność zostanie wynaleziona dopiero za 27 lat. Andrzej MingHo pracuje nad podróżami w czasie no i najwyraźniej dokonał właśnie, za tysiąc lat, przełomu, a za następne milenium, czyli teraz, Zarząd Czasoprzestrzeni będzie trzymał to wszystko do kupy, a ja, pozwól, że cię wyręczę stukam się właśnie palcem w łeb.

23:46, kfiatol
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4